19.08.2023, 21:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.08.2023, 21:59 przez Anthony Ian Borgin.)
Najciemniej było pod latarnią wedle starego przysłowia, którego użył któryś z chłopaków przy piwie, gdy opowiadał, jak to nie wzbudzał podejrzeń rodziców, będąc idealnym synem. Z Bellatrix było tak samo, z nim trochę też, ale ojciec zwykle bezkarnie grzebał mu w głowie, gdy nie spodobało mu się coś w zachowaniu lub odpowiedziach syna. Miał wrażenie, że oni wszyscy trochę grali w teatrze, chcąc oszukać jeden drugiego. Nieskazitelność i ideały dla starych rodów zawsze były w cenie, nawet jeśli na dłuższą metę oznaczały monotonnie oraz nudę. Nie mogli wybrać rodziny i miejsca, w którym przyszli na świat, ale mieli prawo, wręcz powinni robić wszystko, aby czas, który mieli na świecie, wykorzystać jak najlepiej i jak najbardziej intensywnie. Pieniądze oraz pochodzenie wszystko ułatwiało, dlatego trzeba było dostosować swoją grę tak, aby móc korzystać bezkarnie ze wszystkich przywilejów, które podarował im los. Nie było w tym nic złego, a cel uświęcał wykorzystane do jego osiągnięcia środki. Nie grał tak, jak robiła to Trix, ale nie pokazywał też wszystkiego. Doceniał bycie sobą, tylko po prostu nie zawsze towarzystwo i okoliczności byłyby w stanie zrozumieć jego osobę.
Kurwiki w oczach uznałby za komplement, tak w gwoli ścisłości. Faktycznie, zdarzało się tak, że od pierwszego spotkania się spojrzeń, człowiek wiedział, miał nieuzasadnione niczym logicznym przeczucie, że z drugą osobą zwiąże go coś mocniejszego. Jakby splotła się między nimi nić, nie tylko oparta na fizycznym pożądaniu — bo przecież Bella była filigranowa i śliczna, zresztą dokładnie oddawał jej aparycję skrót od jej imienia, ale również o czymś zakorzenionym głębiej. Sprawiła, że się zainteresował i intuicja podpowiadała mu, że sprawi również, że zwyczajnie będzie ją chciał dla siebie — w sposób prosty i dość prymitywny. A niestety, Anthony był mężczyzną terytorialnym i zazdrosnym.
Popierał to, co Czarny Pan chciał zrobić, ale nie był jeszcze wplątany w to wszystko bezpośrednio tak jak reszta jego rodziny. Borginowie byli konserwatywni, podobnie, jak rodzina Blacków, żyli w przekonaniu o wyższości czystej krwi nad szlamami i wszystkie ich działy miały kategoryczny zakaz zadawania się z takowymi. Nawet dziadek surowo za to karał, chociaż nie w sposób tak fizyczny i brutalny, jak ojciec młodzieńca. Nie podejrzewał ją o należenie do bezpośredniego kręgu zwolenników głównie przez jej wiek, jak zdawał sobie sprawę, że osoby z jej rodziny — zgodnie ze słowami wyniesionymi z domu, stały po właściwej stronie. Czy uznałby siebie za łatwego do zapamiętania? Z pewnością. Podobnie zresztą, jak trudno było zapomnieć długich, czarnych loków i błyszczących inteligencją oczu niewiasty, która ubrała sukienkę w kolorze dobrego wina. Przedstawiciele skorowidza byli ładniejsi od innych czarodziejów, ale zdarzały się jednostki wybitnie ujmujące, zapadające w głowie. Była też w jego typie, co tu kłamać. Odwagi i pewności siebie Anthonyemu odmówić było trudno, a to zawsze robiło wrażenie, szczególnie płci przeciwnej. Tu wystarczyło, że był po prostu sobą.
- Gdyby było je prosto znaleźć, każdy byłby obrzydliwie szczęśliwy i nikt by tego nie doceniał, Moja Droga. A co do wymagań.. - przerwał na chwilę, pozwalając sobie na łobuzerski uśmiech, a potem przeniósł na nią spojrzenie, patrząc prosto w jej oczy. - Zawsze sięgam po to, co najlepsze. Bo ja też jestem z wysokiej półki. Gdy człowiek już ma tego świadomość, nie zadowala się byle czym. Nie mówię tu oczywiście o frywolnych przyjemnościach, ale tutaj również, poprzeczka jest wysoko.
Wzruszył ramionami w pozbawiony skromności sposób, sugerując dziewczynie tym samym, że uznał ją za jednostkę z półki najwyższej. Chciał też zobaczyć, jak zareaguje na drugą część jego wypowiedzi, bo na pierwszy rzut oka — wyglądała dość niewinnie. A on bardzo nie chciałby jej przecież skierować na złą drogę, pełną adrenaliny, rozpusty i przyjemności. Co by powiedział jej tata?
- Samo przyjdzie, tylko je zauważ. Ludzie wiele tracą z obawy przed porażką, ale Ty nie wyglądasz na tchórza. - przyznał szczerze, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy. Miała w sobie coś takiego, co pozwalało mu dopuścić do głowy myśl, że różniła się od większości niewiast. Może dlatego, że byli podobni? Patrzyli sobie w oczy, tkwiąc chwilę w milczeniu, a jasne płatki w kształcie gwiazdek coraz mocniej sypały z ciemnego nieba, przykrywając otaczający ich świat nową warstwą białej pierzyny. Mieniła się w świetle latarni i kandelabrów, każdy mógł odnieść wrażenie, że ów świat nie jest wcale takim złym miejscem.
- A więc wydaje Ci się wartościowym człowiekiem? Sprawiasz, że się rumienie. - zauważył zaczepnie, flirtując z nią odrobinę, zachęcony jej słowami oraz wzrokiem. - Nawet jeśli nie oddam, istnieje szansa, że sama sobie weźmiesz, prawda? Skoro już jestem takim niewinnym i wartościowym chłopcem.
Dodał, robiąc przy tym adekwatną do tych określeń minę, prawdziwy przykład czystości i niewinności, zupełnie niesplamiony grzechem i rozpustą. Miał absolutnie gdzieś snucia rodziców na temat małżeństw, nie umiał i nie chciał rezygnować z tego, co mogło wytworzyć się pomiędzy dwójką ludzi. Intensywność tych doznań była warta złamania kilku reguł, zresztą, wystarczyło nie zostawić po sobie dowodu w postaci bękarta lub plotek. Jeśli umiało się zachować wszystko w tajemnicy, cały świat za zamkniętymi drzwiami przestawał mieć znaczenie.
Nie odpowiedział już, uśmiechając się tylko w jej stronę i wyszedł, przechodząc do realizacji planu. Trzy minuty musiały być wykorzystane co do sekundy, jeśli cała sztuczka miała się udać.
Dostrzegał jej zdezorientowanie, może nutę nieśmiałości, a to sprawiło, że ekscytacja rosła w nim bardziej. Starał się więc wywołać wrażenie jak najlepsze, wykorzystując przy tym swojego przełożonego. Dobra pozycja oraz nazwisko były decydujące w tym, jak będą postrzegać go jej rodzice. A jak pomyślał już wcześniej, najciemniej było pod latarnią. Kto podejrzewałby młodego, czarującego Borgina — skupionego na karierze, grzeczne i pytającego o zgodę Pana Blacka, o rzeczy niecne względem jednej z jego córek? No właśnie.
Wyglądała rozkosznie, gdy policzki zakrył jej róż, mogła dostrzec łobuzerski uśmiech pomiędzy pocałunkiem w wierzch dłoni a tym bezpośrednim spojrzeniem, które jej posłał. Nie sądziła, chyba że to wszystko? Nie chodziło tylko o to, aby poznał jej rodziców. Nie, on chciał, aby dostała atencję, na jaką zasługiwała, a bycie dziedzicem rodu oraz komornikiem, który miał na boku jeszcze kilka innych fuch, pozwalała mu szybko zapełniać sakiewki. Na szczęście żyli w czasach, gdzie galeony załatwiały większość.
Stał prosto, gdy wszyscy na nią patrzyli, szepcząc oraz wzdychając z zachwytu. On był jednak skupiony wyłącznie na niej oraz jej twarzy, obserwował uważnie najmniejszą zmianę w kącikach ust, błysk w oczach i oczywiście nasilenie zawstydzenia, przez co wyglądała wręcz uroczo, taka drobna i niepozorna. Krucha.
- Dziękuje Panie Black, to dla mnie zaszczyt, że najpiękniejsza Panna na sali odda mi swój taniec. - powiedział jeszcze do jego ojca pokornie, zanim ostrożnie i z szacunkiem chwycił jej dłoń, stając bliżej. Stanley dobrze go wychował, znał wszystkie oficjalne tańce na tyle, aby prowadzić. Umiał zachować się w towarzystwie, odpowiednio układać dłonie na ciele partnerki, gdy wszystkie oczy zwrócone są ku nim. Poprowadził ją więc w stronę parkietu, niemalże pustego.
- Panno Black, ja po prostu cenie sobie piękno i uważam, że każdy powinien mieć okazję je poznać oraz podziwiać. A poza tym, zwyczajnie chciałem z Tobą zatańczyć. Gdybym jednak poprosił Cię zwyczajnie, cóż byłoby wtedy w tym wyjątkowego? - odparł cicho, kłaniając się jej jeszcze zgodnie ze zwyczajem, zanim ujął ją w talii i ustawił ich ciała w odpowiedniej pozycji, aby zaraz zacząć tańczyć w rytm granej dla niej piosenki. Nie odwracał od niej wzroku, cała jego uwaga była skupiona na Bellatrix. Jego palce, w których trzymał jej dłoń, czasem — gdy miał pewność, że nikt tego występku nie widzi, przesuwały się po jej własnych z odrobiną chciwości, ciekawości oraz pożądania. - Praktycznie każdy mężczyzna lustruje Cię teraz wzrokiem, a jednak. - przerwał na chwilę, obracając nią ostrożnie, ale i pewnie, zanim znów ją do siebie przyciągnąć. - Tylko jeden miał odwagę Cię zabrać na parkiet. Mówiłem Ci, nie jestem tchórzem. - uśmiechnął się z błyskiem w oczach, minimalnie przysuwając ją do siebie, wciąż zachowując granice przyzwoitości oraz dobrego smaku. Czuł na sobie spojrzenie kobiety, z którą rozmawiał wcześniej, wróciła już z czystą sukienką, ale obecnie była jedynie tłem.
Kurwiki w oczach uznałby za komplement, tak w gwoli ścisłości. Faktycznie, zdarzało się tak, że od pierwszego spotkania się spojrzeń, człowiek wiedział, miał nieuzasadnione niczym logicznym przeczucie, że z drugą osobą zwiąże go coś mocniejszego. Jakby splotła się między nimi nić, nie tylko oparta na fizycznym pożądaniu — bo przecież Bella była filigranowa i śliczna, zresztą dokładnie oddawał jej aparycję skrót od jej imienia, ale również o czymś zakorzenionym głębiej. Sprawiła, że się zainteresował i intuicja podpowiadała mu, że sprawi również, że zwyczajnie będzie ją chciał dla siebie — w sposób prosty i dość prymitywny. A niestety, Anthony był mężczyzną terytorialnym i zazdrosnym.
Popierał to, co Czarny Pan chciał zrobić, ale nie był jeszcze wplątany w to wszystko bezpośrednio tak jak reszta jego rodziny. Borginowie byli konserwatywni, podobnie, jak rodzina Blacków, żyli w przekonaniu o wyższości czystej krwi nad szlamami i wszystkie ich działy miały kategoryczny zakaz zadawania się z takowymi. Nawet dziadek surowo za to karał, chociaż nie w sposób tak fizyczny i brutalny, jak ojciec młodzieńca. Nie podejrzewał ją o należenie do bezpośredniego kręgu zwolenników głównie przez jej wiek, jak zdawał sobie sprawę, że osoby z jej rodziny — zgodnie ze słowami wyniesionymi z domu, stały po właściwej stronie. Czy uznałby siebie za łatwego do zapamiętania? Z pewnością. Podobnie zresztą, jak trudno było zapomnieć długich, czarnych loków i błyszczących inteligencją oczu niewiasty, która ubrała sukienkę w kolorze dobrego wina. Przedstawiciele skorowidza byli ładniejsi od innych czarodziejów, ale zdarzały się jednostki wybitnie ujmujące, zapadające w głowie. Była też w jego typie, co tu kłamać. Odwagi i pewności siebie Anthonyemu odmówić było trudno, a to zawsze robiło wrażenie, szczególnie płci przeciwnej. Tu wystarczyło, że był po prostu sobą.
- Gdyby było je prosto znaleźć, każdy byłby obrzydliwie szczęśliwy i nikt by tego nie doceniał, Moja Droga. A co do wymagań.. - przerwał na chwilę, pozwalając sobie na łobuzerski uśmiech, a potem przeniósł na nią spojrzenie, patrząc prosto w jej oczy. - Zawsze sięgam po to, co najlepsze. Bo ja też jestem z wysokiej półki. Gdy człowiek już ma tego świadomość, nie zadowala się byle czym. Nie mówię tu oczywiście o frywolnych przyjemnościach, ale tutaj również, poprzeczka jest wysoko.
Wzruszył ramionami w pozbawiony skromności sposób, sugerując dziewczynie tym samym, że uznał ją za jednostkę z półki najwyższej. Chciał też zobaczyć, jak zareaguje na drugą część jego wypowiedzi, bo na pierwszy rzut oka — wyglądała dość niewinnie. A on bardzo nie chciałby jej przecież skierować na złą drogę, pełną adrenaliny, rozpusty i przyjemności. Co by powiedział jej tata?
- Samo przyjdzie, tylko je zauważ. Ludzie wiele tracą z obawy przed porażką, ale Ty nie wyglądasz na tchórza. - przyznał szczerze, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy. Miała w sobie coś takiego, co pozwalało mu dopuścić do głowy myśl, że różniła się od większości niewiast. Może dlatego, że byli podobni? Patrzyli sobie w oczy, tkwiąc chwilę w milczeniu, a jasne płatki w kształcie gwiazdek coraz mocniej sypały z ciemnego nieba, przykrywając otaczający ich świat nową warstwą białej pierzyny. Mieniła się w świetle latarni i kandelabrów, każdy mógł odnieść wrażenie, że ów świat nie jest wcale takim złym miejscem.
- A więc wydaje Ci się wartościowym człowiekiem? Sprawiasz, że się rumienie. - zauważył zaczepnie, flirtując z nią odrobinę, zachęcony jej słowami oraz wzrokiem. - Nawet jeśli nie oddam, istnieje szansa, że sama sobie weźmiesz, prawda? Skoro już jestem takim niewinnym i wartościowym chłopcem.
Dodał, robiąc przy tym adekwatną do tych określeń minę, prawdziwy przykład czystości i niewinności, zupełnie niesplamiony grzechem i rozpustą. Miał absolutnie gdzieś snucia rodziców na temat małżeństw, nie umiał i nie chciał rezygnować z tego, co mogło wytworzyć się pomiędzy dwójką ludzi. Intensywność tych doznań była warta złamania kilku reguł, zresztą, wystarczyło nie zostawić po sobie dowodu w postaci bękarta lub plotek. Jeśli umiało się zachować wszystko w tajemnicy, cały świat za zamkniętymi drzwiami przestawał mieć znaczenie.
Nie odpowiedział już, uśmiechając się tylko w jej stronę i wyszedł, przechodząc do realizacji planu. Trzy minuty musiały być wykorzystane co do sekundy, jeśli cała sztuczka miała się udać.
Dostrzegał jej zdezorientowanie, może nutę nieśmiałości, a to sprawiło, że ekscytacja rosła w nim bardziej. Starał się więc wywołać wrażenie jak najlepsze, wykorzystując przy tym swojego przełożonego. Dobra pozycja oraz nazwisko były decydujące w tym, jak będą postrzegać go jej rodzice. A jak pomyślał już wcześniej, najciemniej było pod latarnią. Kto podejrzewałby młodego, czarującego Borgina — skupionego na karierze, grzeczne i pytającego o zgodę Pana Blacka, o rzeczy niecne względem jednej z jego córek? No właśnie.
Wyglądała rozkosznie, gdy policzki zakrył jej róż, mogła dostrzec łobuzerski uśmiech pomiędzy pocałunkiem w wierzch dłoni a tym bezpośrednim spojrzeniem, które jej posłał. Nie sądziła, chyba że to wszystko? Nie chodziło tylko o to, aby poznał jej rodziców. Nie, on chciał, aby dostała atencję, na jaką zasługiwała, a bycie dziedzicem rodu oraz komornikiem, który miał na boku jeszcze kilka innych fuch, pozwalała mu szybko zapełniać sakiewki. Na szczęście żyli w czasach, gdzie galeony załatwiały większość.
Stał prosto, gdy wszyscy na nią patrzyli, szepcząc oraz wzdychając z zachwytu. On był jednak skupiony wyłącznie na niej oraz jej twarzy, obserwował uważnie najmniejszą zmianę w kącikach ust, błysk w oczach i oczywiście nasilenie zawstydzenia, przez co wyglądała wręcz uroczo, taka drobna i niepozorna. Krucha.
- Dziękuje Panie Black, to dla mnie zaszczyt, że najpiękniejsza Panna na sali odda mi swój taniec. - powiedział jeszcze do jego ojca pokornie, zanim ostrożnie i z szacunkiem chwycił jej dłoń, stając bliżej. Stanley dobrze go wychował, znał wszystkie oficjalne tańce na tyle, aby prowadzić. Umiał zachować się w towarzystwie, odpowiednio układać dłonie na ciele partnerki, gdy wszystkie oczy zwrócone są ku nim. Poprowadził ją więc w stronę parkietu, niemalże pustego.
- Panno Black, ja po prostu cenie sobie piękno i uważam, że każdy powinien mieć okazję je poznać oraz podziwiać. A poza tym, zwyczajnie chciałem z Tobą zatańczyć. Gdybym jednak poprosił Cię zwyczajnie, cóż byłoby wtedy w tym wyjątkowego? - odparł cicho, kłaniając się jej jeszcze zgodnie ze zwyczajem, zanim ujął ją w talii i ustawił ich ciała w odpowiedniej pozycji, aby zaraz zacząć tańczyć w rytm granej dla niej piosenki. Nie odwracał od niej wzroku, cała jego uwaga była skupiona na Bellatrix. Jego palce, w których trzymał jej dłoń, czasem — gdy miał pewność, że nikt tego występku nie widzi, przesuwały się po jej własnych z odrobiną chciwości, ciekawości oraz pożądania. - Praktycznie każdy mężczyzna lustruje Cię teraz wzrokiem, a jednak. - przerwał na chwilę, obracając nią ostrożnie, ale i pewnie, zanim znów ją do siebie przyciągnąć. - Tylko jeden miał odwagę Cię zabrać na parkiet. Mówiłem Ci, nie jestem tchórzem. - uśmiechnął się z błyskiem w oczach, minimalnie przysuwając ją do siebie, wciąż zachowując granice przyzwoitości oraz dobrego smaku. Czuł na sobie spojrzenie kobiety, z którą rozmawiał wcześniej, wróciła już z czystą sukienką, ale obecnie była jedynie tłem.