19.08.2023, 22:42 ✶
Na całe szczęście, obyło się bez agresji i wylądowania na mugolskim komisariacie, był naprawdę grzeczny. Nie sądziła jednak, że będzie to dla niego równoznaczne ze zmarnowaniem wieczoru, aż tak cenił sobie rozróbę i adrenalinę? Cóż, istniały inne metody, aby jej dostarczyć, niż robienie komuś krzywdy. Widząc kolejną falę zaskoczenia, która przemknęła po jego licu, nie pozostało jej nic innego, jak się uśmiechnąć, robić dobrą minę do swoich wyrzutów sumienia i starać się je zepchnąć gdzieś na bok, aby nie przeszkadzały. - Naprawdę, zaufaj mi. Nie masz czym się przejmować, ot zwykły wieczór. I nawet smakował Ci makaron z kurczakiem.
Zapewniła go jeszcze z entuzjazmem, widocznie zadowolona z faktu, że dał sobie spokój z ucieczką i chęcią powrotu do kuźni, skoro słońce nawet jeszcze nie wstało. Nie zjadł śniadania, wciąż tkwili w piżamach — wszystko było przeciwko temu, aby sobie poszedł. Ostatecznie, ona mogła też napisać list do jego ojca, gdyby ten zrobił mu faktycznie jakieś problemy, czy wyrzuty, w co jednak nie chciało się jej wierzyć. Hjalmar zawsze był obowiązkowy, dotrzymywał słowa i pewnie nigdy pod względem ich rodzinnego biznesu nie zawiódł, jedna sobota nie powinna być końcem świata, powodem do awantury.
Poniekąd kazała, poniekąd to wszystko było przecież przez nią i jej durne pomysły. Dawno powinna dać sobie spokój, przestać ciągle go prowokować lub naruszać jego przestrzeń osobistą i faktycznie, taki miała teraz plan. Skoro zareagował na nią z takim strachem, co lepszego mogła zrobić? Będzie najlepszą przyjaciółką, jaką mógł sobie wymarzyć, żeby mu cały ten dyskomfort wynagrodzić, tak sobie brunetka postanowiła. Przyznać trzeba było jednak Niedźwiadkowi, że miał naprawdę mocną głowę, bo inny człowiek umarłby gdzieś po drodze, a wtedy nie zostałoby Pandorze nic innego, jak zaklęcie lewitujące lub zorganizowanie świstoklika.
Przejąłby się, gdyby przyznała, że boli, więc zwyczajnie nie mogła. Dobrze więc, że zorientował się dość szybko o sile swojego uścisku, zanim syknięcie uciekło spomiędzy jej ust. Musiało mu być naprawdę dziwnie przez jej gościnę, bo sam z siebie niezwykle rzadko decydował się naruszyć jej przestrzeń osobistą, nie licząc poprzedniego wieczoru tego dmuchnięcia w ucho, które było wyjątkiem i przypadkiem, chociaż skutecznym. Tego to akurat dobrze, że nie pamiętał, bo miałby ją w garści, oznaczałoby to, że zaburzyłby jej rytm i pewność siebie, a ktoś z ich dwójki musiał przecież być tym śmielszym. Bo co, skończyliby na takich rozmowach, jakie uskuteczniała z nim Eliza? Wbiła w niego spojrzenie z uśmiechem, skupiając się już na chwili obecnej i swoich zapewnieniach oraz tłumaczeniach, mając nadzieję, że naprawdę przestanie się tak przejmować i dziękować, bo nie było za co.
- Dlaczego więc w ogóle pomyślałeś, że mogłabym Cię zostawić? - zapytała zadziornie, przekręcając głowę na bok. Na jego słowa zaśmiała się, kręcąc głowę. - Ivar po prostu nie wie, jak sobie z Tobą radzić i nie zna sztuczek. Łagodny z Ciebie misiek, nie zrobiłeś żadnego problemu i poza chęcią walki z deszczem i ewentualnie taksówkarzem.. - przerwała na chwilę w zamyśleniu, a potem wolną dłonią machnęła, jakby to nie miało żadnego znaczenia. - Akane była naprawdę zadowolona, że przyszedłeś.
Wzruszyła ramionami, czując, jak włosy znów pod wpływem ruchu ją odrobinę łaskoczą. Westchnęła ciężko na jego słowa, wywracając oczami. - I uważasz, że dwa piwka sprawiłyby, że nic nie pamiętasz? Zapewniam Cię, nie skończyłeś na dwóch piwkach. Zaskakująco łatwo wchodzi Ci czysta wódka. - przyznała z nutą uznania, obserwując go jeszcze przez chwilę, z ulgą, że zdecydował się wrócić do łóżka, a nie kręcić i maszerować. Mogła więc wrócić do ogarniania samej siebie, przynajmniej dopóki znów nie zachowała się impulsywnie, bezmyślnie.
- To bardzo dobre pytanie, ale obawiam się, że tylko Ty znasz odpowiedź. - przyznała na jego słowa, jakoś domyślając się, że wybierze ten sposób na konwersację, bo trochę już się znali. - Nie słuchaj mnie, nie wiem, czemu tak paplam.
Dodała, jeszcze zanim wyszła, przystając na chwilę przed drzwiami. Nie było sensu mu tym zawracać głowy.
Rześka i pełna optymizmu wróciła do niego, gdy się doprowadziła do porządku, niosąc wodę oraz eliksir. Przyjaźniąc się z Akane czy Ger, musiała być przygotowana na niechcianego kaca, a przecież czarodzieje mieli na niego swoje skuteczne, stare metody. Nie było sensu się męczyć, skoro wystarczyło kilka łyków odpowiedniego eliksiru, nawet wiggenowy był skuteczny.
- Pozbędziesz się kaca i mi się nie przeziębisz, bo jednak wczoraj trochę zmokliśmy. - wyjaśniła z nutą oburzenia w głosie chyba na to, że podejrzewał ją o chęć otrucia. Odstawiła wszystko na stolik, przyglądając się blondynowi błyszczącymi oczyma. - Wymyśliłeś już imię dla swojego kaktusa? - zapytała jeszcze z uśmiechem, głową wskazując na roślinę, z którą wcześniej rozmawiał — o czym nie wiedziała, a którą podarowała mu w prezencie. Bo przecież o niej zamarzył i Pandora wcześniej powiedziała, że spełni jego życzenie, jak wróżka. Pustynny kwiat był dodatkiem.
A potem wyszła na korytarz, nucąc coś, zebrała rzeczy, pomachała mu i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Czy miała problem z tym, że został u niej w domu sam? Nie, bo nie miała przecież niczego do ukrycia.
Poranek był chłodny, słońce leniwie wyłaniało się zza horyzontu, a oddech prędko zamieniał się w parę. Kierując się do sklepu, naciągnęła mocniej czapkę na uszy, witając się z mijanymi ludźmi. Z każdym starała się tu dobrze żyć, pomagać i prowadzić krótkie, niezobowiązujące rozmowy, rzucić jakiś komplement — ludzie mieli znacznie lepszy dzień, gdy zaczynali go od dobrego słowa i uśmiechu. Pogadała więc ze sprzedawczynią w swoim ulubionym, małym warzywniaku, chwaląc jej sweter w kolorze musztardy, a potem zapytała młodego rzeźnika o wskazówki dotyczące mięsa, które wzięła dla Hjalmara. Był tak miły, że pokroił jej nawet boczek w kostkę ostrym nożem, żeby nie musiała się szarpać. W piekarni, w sklepiku czy nawet w kiosku u starszego Pana, gdzie był mugolskie gazety — wszędzie wpadła w rozmowę, słuchając nowinek z życia obcych ludzi lub zachwycając się jakością sprzedawanych przez nich produktów. Zanim wróciła do domu, przysiadła na chwilę na ławeczce, kładąc obok bawełniane torby i odchyliła głowę do tyłu, patrząc w szare niebo. Zimny wiatr szczypał w policzki, pokrywał je subtelnym różem, ale Pandora musiała chwilę odetchnąć, zebrać myśli, ułożyć jakiś plan w głowie, zanim wróci do swojego ulubionego Islandczyka, któremu zgotowała tak paskudny poranek.
Wróciła z drobną zadyszką, klnąc w myślach, że zapomniała rękawiczek, bo zmarzły jej dłonie od targanych zakupów. Do mieszkania weszła dość cicho, zamykając drzwi na zamek i niedbale zsuwając buty, chciała ruszyć do salonu, ale uchylone drzwi od łazienki i słowo “boks” sprawiły, że uniosła brew i zajrzała do środka, zupełnie nie spodziewając się tego, co tam zobaczyła. Zastygła więc w bezruchu i zaskoczeniu, z kurtką utrzymującą się na ramionach i zaciśniętych palcach na rączkach toreb, nie ściągając nawet czapki. I co ona miała z nim zrobić? Oparła się plecami o framugę, przenosząc spojrzenie z jego ramion, na jego twarz.
- Widzę, że dobrze się bawisz Niedźwiadku. - uśmiechnęła się z odrobiną rozbawienia, maskując tym samym drobne zakłopotanie. Policzki wciąż miała zmarznięte, więc mogła zrzucić na to ich kolor. - Jakbym zabrała Cię na basen, moje koleżanki otworzyłyby Twój fanklub. Cóż, można się do tego przyzwyczaić, wiesz, jak do porannego zwyczaju. - puściła mu oczko, zanim odepchnęła się plecami od drewnianej konstrukcji, poprawiając tobołki. - Kawę, herbatę czy sok?
Zapytała tylko, zanim nie czekając na odpowiedź, poszła dalej — na koniec korytarza, gdzie tkwiły otwarte drzwi, prowadzące do salonu połączonego z kuchnią. Podłoga była tak samo ciemna i drewniana, jak w korytarzu czy sypialni, ściany miały neutralny, jasny kolor, a całe pomieszczenie miało kształt kwadratu z małym prostokątem u góry, gdzie była kuchnia. Odłożyła torby na blat, zsuwając z ramion kurtkę i ściągając z głowy czapkę, które rzuciła na oparcie krzesła barowego, które tkwiło przy blacie. Miejsce to separować część kuchenną od dziennej, robiąc jednocześnie za stół, na którym stał wazon z bukietem róż i liścikiem przy nich. Meble w kuchni były jasne, podobnie, jak blaty i sprzęty. Pokój dzienny miał głęboką, miękką kanapę w szarym kolorze przed niewielkim kominkiem, gdzie tkwiło kilka kolorowych poduch i niedbale rzucony, pudroworóżowy koc. Przed nią stał niewielki stolik, a przy ścianie było mnóstwo półek, które sięgały sufity i zawalone były książkami, ciągnąc się aż do zamkniętych drzwi balkonowych i okna, przy których wisiały białe, mleczne zasłonki. Nie było tu bibelotów, nawet kwiatka, dzięki czemu pomieszczenie, chociaż nie było ogromne, zyskało na przestrzeni i przytulności. Pandora nastawiła czajnik z wodą na gazie, wspinając się następnie na palce, aby dosięgnąć górnych szafek, gdzie miała filiżanki. Tylko jaką kawę i jaką herbatę Hjalmar lubił? Obróciła głowę przez ramię, szukając go wzrokiem, aby zapytać. Nie chcąc jednak marnować czasu, zajęła się wyjmowaniem z toreb zakupów, zupełnie innych, niż robiła zwykle dla samej siebie.
Zapewniła go jeszcze z entuzjazmem, widocznie zadowolona z faktu, że dał sobie spokój z ucieczką i chęcią powrotu do kuźni, skoro słońce nawet jeszcze nie wstało. Nie zjadł śniadania, wciąż tkwili w piżamach — wszystko było przeciwko temu, aby sobie poszedł. Ostatecznie, ona mogła też napisać list do jego ojca, gdyby ten zrobił mu faktycznie jakieś problemy, czy wyrzuty, w co jednak nie chciało się jej wierzyć. Hjalmar zawsze był obowiązkowy, dotrzymywał słowa i pewnie nigdy pod względem ich rodzinnego biznesu nie zawiódł, jedna sobota nie powinna być końcem świata, powodem do awantury.
Poniekąd kazała, poniekąd to wszystko było przecież przez nią i jej durne pomysły. Dawno powinna dać sobie spokój, przestać ciągle go prowokować lub naruszać jego przestrzeń osobistą i faktycznie, taki miała teraz plan. Skoro zareagował na nią z takim strachem, co lepszego mogła zrobić? Będzie najlepszą przyjaciółką, jaką mógł sobie wymarzyć, żeby mu cały ten dyskomfort wynagrodzić, tak sobie brunetka postanowiła. Przyznać trzeba było jednak Niedźwiadkowi, że miał naprawdę mocną głowę, bo inny człowiek umarłby gdzieś po drodze, a wtedy nie zostałoby Pandorze nic innego, jak zaklęcie lewitujące lub zorganizowanie świstoklika.
Przejąłby się, gdyby przyznała, że boli, więc zwyczajnie nie mogła. Dobrze więc, że zorientował się dość szybko o sile swojego uścisku, zanim syknięcie uciekło spomiędzy jej ust. Musiało mu być naprawdę dziwnie przez jej gościnę, bo sam z siebie niezwykle rzadko decydował się naruszyć jej przestrzeń osobistą, nie licząc poprzedniego wieczoru tego dmuchnięcia w ucho, które było wyjątkiem i przypadkiem, chociaż skutecznym. Tego to akurat dobrze, że nie pamiętał, bo miałby ją w garści, oznaczałoby to, że zaburzyłby jej rytm i pewność siebie, a ktoś z ich dwójki musiał przecież być tym śmielszym. Bo co, skończyliby na takich rozmowach, jakie uskuteczniała z nim Eliza? Wbiła w niego spojrzenie z uśmiechem, skupiając się już na chwili obecnej i swoich zapewnieniach oraz tłumaczeniach, mając nadzieję, że naprawdę przestanie się tak przejmować i dziękować, bo nie było za co.
- Dlaczego więc w ogóle pomyślałeś, że mogłabym Cię zostawić? - zapytała zadziornie, przekręcając głowę na bok. Na jego słowa zaśmiała się, kręcąc głowę. - Ivar po prostu nie wie, jak sobie z Tobą radzić i nie zna sztuczek. Łagodny z Ciebie misiek, nie zrobiłeś żadnego problemu i poza chęcią walki z deszczem i ewentualnie taksówkarzem.. - przerwała na chwilę w zamyśleniu, a potem wolną dłonią machnęła, jakby to nie miało żadnego znaczenia. - Akane była naprawdę zadowolona, że przyszedłeś.
Wzruszyła ramionami, czując, jak włosy znów pod wpływem ruchu ją odrobinę łaskoczą. Westchnęła ciężko na jego słowa, wywracając oczami. - I uważasz, że dwa piwka sprawiłyby, że nic nie pamiętasz? Zapewniam Cię, nie skończyłeś na dwóch piwkach. Zaskakująco łatwo wchodzi Ci czysta wódka. - przyznała z nutą uznania, obserwując go jeszcze przez chwilę, z ulgą, że zdecydował się wrócić do łóżka, a nie kręcić i maszerować. Mogła więc wrócić do ogarniania samej siebie, przynajmniej dopóki znów nie zachowała się impulsywnie, bezmyślnie.
- To bardzo dobre pytanie, ale obawiam się, że tylko Ty znasz odpowiedź. - przyznała na jego słowa, jakoś domyślając się, że wybierze ten sposób na konwersację, bo trochę już się znali. - Nie słuchaj mnie, nie wiem, czemu tak paplam.
Dodała, jeszcze zanim wyszła, przystając na chwilę przed drzwiami. Nie było sensu mu tym zawracać głowy.
Rześka i pełna optymizmu wróciła do niego, gdy się doprowadziła do porządku, niosąc wodę oraz eliksir. Przyjaźniąc się z Akane czy Ger, musiała być przygotowana na niechcianego kaca, a przecież czarodzieje mieli na niego swoje skuteczne, stare metody. Nie było sensu się męczyć, skoro wystarczyło kilka łyków odpowiedniego eliksiru, nawet wiggenowy był skuteczny.
- Pozbędziesz się kaca i mi się nie przeziębisz, bo jednak wczoraj trochę zmokliśmy. - wyjaśniła z nutą oburzenia w głosie chyba na to, że podejrzewał ją o chęć otrucia. Odstawiła wszystko na stolik, przyglądając się blondynowi błyszczącymi oczyma. - Wymyśliłeś już imię dla swojego kaktusa? - zapytała jeszcze z uśmiechem, głową wskazując na roślinę, z którą wcześniej rozmawiał — o czym nie wiedziała, a którą podarowała mu w prezencie. Bo przecież o niej zamarzył i Pandora wcześniej powiedziała, że spełni jego życzenie, jak wróżka. Pustynny kwiat był dodatkiem.
A potem wyszła na korytarz, nucąc coś, zebrała rzeczy, pomachała mu i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Czy miała problem z tym, że został u niej w domu sam? Nie, bo nie miała przecież niczego do ukrycia.
Poranek był chłodny, słońce leniwie wyłaniało się zza horyzontu, a oddech prędko zamieniał się w parę. Kierując się do sklepu, naciągnęła mocniej czapkę na uszy, witając się z mijanymi ludźmi. Z każdym starała się tu dobrze żyć, pomagać i prowadzić krótkie, niezobowiązujące rozmowy, rzucić jakiś komplement — ludzie mieli znacznie lepszy dzień, gdy zaczynali go od dobrego słowa i uśmiechu. Pogadała więc ze sprzedawczynią w swoim ulubionym, małym warzywniaku, chwaląc jej sweter w kolorze musztardy, a potem zapytała młodego rzeźnika o wskazówki dotyczące mięsa, które wzięła dla Hjalmara. Był tak miły, że pokroił jej nawet boczek w kostkę ostrym nożem, żeby nie musiała się szarpać. W piekarni, w sklepiku czy nawet w kiosku u starszego Pana, gdzie był mugolskie gazety — wszędzie wpadła w rozmowę, słuchając nowinek z życia obcych ludzi lub zachwycając się jakością sprzedawanych przez nich produktów. Zanim wróciła do domu, przysiadła na chwilę na ławeczce, kładąc obok bawełniane torby i odchyliła głowę do tyłu, patrząc w szare niebo. Zimny wiatr szczypał w policzki, pokrywał je subtelnym różem, ale Pandora musiała chwilę odetchnąć, zebrać myśli, ułożyć jakiś plan w głowie, zanim wróci do swojego ulubionego Islandczyka, któremu zgotowała tak paskudny poranek.
Wróciła z drobną zadyszką, klnąc w myślach, że zapomniała rękawiczek, bo zmarzły jej dłonie od targanych zakupów. Do mieszkania weszła dość cicho, zamykając drzwi na zamek i niedbale zsuwając buty, chciała ruszyć do salonu, ale uchylone drzwi od łazienki i słowo “boks” sprawiły, że uniosła brew i zajrzała do środka, zupełnie nie spodziewając się tego, co tam zobaczyła. Zastygła więc w bezruchu i zaskoczeniu, z kurtką utrzymującą się na ramionach i zaciśniętych palcach na rączkach toreb, nie ściągając nawet czapki. I co ona miała z nim zrobić? Oparła się plecami o framugę, przenosząc spojrzenie z jego ramion, na jego twarz.
- Widzę, że dobrze się bawisz Niedźwiadku. - uśmiechnęła się z odrobiną rozbawienia, maskując tym samym drobne zakłopotanie. Policzki wciąż miała zmarznięte, więc mogła zrzucić na to ich kolor. - Jakbym zabrała Cię na basen, moje koleżanki otworzyłyby Twój fanklub. Cóż, można się do tego przyzwyczaić, wiesz, jak do porannego zwyczaju. - puściła mu oczko, zanim odepchnęła się plecami od drewnianej konstrukcji, poprawiając tobołki. - Kawę, herbatę czy sok?
Zapytała tylko, zanim nie czekając na odpowiedź, poszła dalej — na koniec korytarza, gdzie tkwiły otwarte drzwi, prowadzące do salonu połączonego z kuchnią. Podłoga była tak samo ciemna i drewniana, jak w korytarzu czy sypialni, ściany miały neutralny, jasny kolor, a całe pomieszczenie miało kształt kwadratu z małym prostokątem u góry, gdzie była kuchnia. Odłożyła torby na blat, zsuwając z ramion kurtkę i ściągając z głowy czapkę, które rzuciła na oparcie krzesła barowego, które tkwiło przy blacie. Miejsce to separować część kuchenną od dziennej, robiąc jednocześnie za stół, na którym stał wazon z bukietem róż i liścikiem przy nich. Meble w kuchni były jasne, podobnie, jak blaty i sprzęty. Pokój dzienny miał głęboką, miękką kanapę w szarym kolorze przed niewielkim kominkiem, gdzie tkwiło kilka kolorowych poduch i niedbale rzucony, pudroworóżowy koc. Przed nią stał niewielki stolik, a przy ścianie było mnóstwo półek, które sięgały sufity i zawalone były książkami, ciągnąc się aż do zamkniętych drzwi balkonowych i okna, przy których wisiały białe, mleczne zasłonki. Nie było tu bibelotów, nawet kwiatka, dzięki czemu pomieszczenie, chociaż nie było ogromne, zyskało na przestrzeni i przytulności. Pandora nastawiła czajnik z wodą na gazie, wspinając się następnie na palce, aby dosięgnąć górnych szafek, gdzie miała filiżanki. Tylko jaką kawę i jaką herbatę Hjalmar lubił? Obróciła głowę przez ramię, szukając go wzrokiem, aby zapytać. Nie chcąc jednak marnować czasu, zajęła się wyjmowaniem z toreb zakupów, zupełnie innych, niż robiła zwykle dla samej siebie.