Spodziewała się wielu rzeczy, jakie można zobaczyć na pokładzie statku-widmo, który jakiś czas temu wynurzył się spod wody. Spodziewała się martwych ryb, smrodu zgnilizny, lepiących się do wszystkiego oślizgłych wodorostów, charakterystycznego zapachu stali i zbutwiałego drewna. Cholera, spodziewała się nawet ciągnącego się smrodu czarnej magii, bo jakież to inne diabelstwo mogło wpłynąć na pojawianie się i znikanie statku, albo też na to, że niektórych ludzi tutaj ciągnęło. Ale na pewno nie spodziewała się pokładu wyściełanego ciałami. Ludźmi w różnym wieku, różnej płci. Victoria rozglądała się, ale nie widziała żadnej cechy wspólnej, prócz tego, że po prostu tam leżeli. Nie cuchnęło śmiercią, zresztą… oddychali. Spali? Wyglądali, jakby byli na granicy śmierci. Czy ona też tak wyglądała, gdy padła w rozpalony ogień Beltane?
Poszukiwanych dzieci jednak nigdzie nie widziała. Biorąc zaś pod uwagę liczbę ciał – pomoc i tak im się przyda.
Victoria w pierwszej chwili poczuła ostry ból głowy.
- Nie, nie teraz… – jęknęła, nieco przerażona i przekonana, że to kolejny atak wspomnień, które nie należą do niej. Wtedy potrafiły się dziać naprawdę różne rzeczy – z urojeniami na czele. To nie był dobry moment. To nie był dobry moment! Złapała się oburącz za głowę. I wtedy zobaczyła jak Erik upadł na pokład. Victorii też zakręciło się w głowie, obraz pociemniał, zafalował. Próbowała z tym walczyć. Zawsze próbowała z tym walczyć, a wtedy ten nieznośny ból głowy się powiększał. Dzisiaj miało być jednak inaczej. Dzisiaj zrobiło jej się po prostu słabo. Widziała jak upadają kolejne osoby – i nic nie mogła na to poradzić, nie mogła nikomu pomóc. Sama… też uderzyła kolanami o pokład.
Sama też straciła przytomność.
Akcja nieudana
Sukces!