To prawda – ludzie to sztuka. Ale Victoria daleka była od stwierdzenia, że najcenniejsze jest to, co najbardziej ulotne. Nie podziwiała też innych niczym dzieła sztuki, nie wzdychała z daleka. Lubiła wiedzieć, poznawać – a ileż można wyciągnąć jedynie z obserwacji? Sporo, lecz nie wszystko. Nie bawiła się też w tęsknoty; w doznania krótkie, przelotne, bo takie mają najlepszy, najsłodszy smak. Nie miały. To nie tak, że była świętoszkiem, że robiła wszystko wedle zasad, że nigdy nie dała się ponieść chwili lub czaru nocy, że nigdy nie była z kimś bliżej. Po prostu nie uważała, że to te ulotne chwile są najpiękniejsze. Były co najwyżej miłe. Ale były też do zapomnienia. Nie lokowała swych emocji na dłużej w coś, co nie miałoby przyszłości, a chwilowa radość odczuwana lata temu – jak to miałoby pomóc w smutnej teraźniejszości? Raczej dołująco. Victoria jednak smutna nie była. Była napięta, była daleka od spokojnej i zrelaksowanej siebie – ale nie była smutna.
- Najwyraźniej są zajęci – odpowiedziała bez cienia złości. Przyszła sama, bo nie miała żadnego partnera. Żadnego oficjalnego to się znaczy – świadczyło to co najwyżej o tym, że rodzice nikogo jej nie wybrali, być może uważali, ze nie ma żadnej godnej partii, albo po prostu oferty do dobicia interesu nie były wystarczające? Jej rodzina była wszak bogata. A nieoficjalnie? Nieoficjalnie też nikogo nie było. Jeśli w przeszłości Victoria zamieszana była w jakiś romans, to bardzo krótko, bardzo przelotnie i bardzo cicho. O swoją prywatność dbała tak samo jak o dostęp do swoich myśli.
- Obawiam się, że tak. Ostatecznie atmosfera jest na tyle gęsta, że jeszcze chwila, a będzie można ją kroić nożem – również się uśmiechnęła, równie nikle i krótko. Zapatrzyła się na salę, gdzie kilkanaście par tańczyło do muzyki, jaka była wygrywana przez muzyków równie odświętnie ubranych co reszta towarzystwa. - I o dwie trzecie bardziej nieszczere – dodała do tego wyliczenia matematycznego, wyraźnie zamyślona, trzymając kieliszek w taki sposób, że szkło opierało jej się pełne usta. Dopiero po chwili zdecydowała się upić kolejny łyk. - To prawda. Chodziło mi tylko o to, że przy braku jednego, niedostrzegalne jest też drugie. Ciemność uwypukla światło i na odwrót, światło sprawia, że rzucane są cienie – westchnęła i przeniosła spojrzenie na swojego towarzysza, wyraźnie tracąc zainteresowanie resztą tego przyjęcia. Przyjęcia wystawionego w bardzo niespokojnym czasie, przyjęcia, które sprawiło, że ludzie potrzebowali się rozerwać bardziej, niż zwykle. Skandale i problemy, jakie po nim wynikną, były wręcz wyczekiwane. - Nie uważam, że dobrze się stało. Przez ten jeden manifest świat oszalał. Wszyscy są nerwowi, zastanawiają się, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem – z rzeczy, które Laurent wymienił, dla Victorii znaczenie miała jedynie czystość krwi. I to w gruncie rzeczy główny problem miała do mugolaków, a wszystko to przez pracę w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. Za dużo napatrzyła się na krzywdy, jakie wyrządzały szlamy innym czarodziejom i mugolom, nie mogąc się zdecydować na to, w którym świecie chcą żyć. Uważała, że tego nie da się pogodzić. Nie to, ze wszyscy mugolacy tacy byli – ale znaczna ich ilość. - W pracy zawsze mieliśmy dużo do roboty, ale teraz… Nagle okazuje się, że doba jest o dwa razy za krótka, nie tylko o połowę – zdecydowała się na lekki żart, by nieco załagodzić ton całej wypowiedzi.