Ludzie dzielili się na osoby, które lubiły słodycz, jakim była lukrecja i na tych, którzy jej nie tolerowali. Czy ktoś znał osobę, która pozostawała wobec niej obojętna? Która powiedziałaby: ach, no smakuje jakoś tam... nie robi na mnie żadnego wrażenia? Trzecią grupę tworzyli tylko ci, którzy jeszcze jej smaku nie poznali. Łakoć jednak łakociem. A przecież kwiat lukrecji był piękny. Drobny, delikatny jak tchnienie poranka wiosny, która ją przynosiła. A korzeń? Miód. Laurent nie dla wszystkich był tą lukrecją, która miała w sobie gorycz i tylko drobinę słodyczy. Były takie osoby, które sprawiały, że jego usta były miodem, a dotyk delikatnych palców jak muśnięcia anielskich piór. Mimo tego, że rzeczywiście, zazwyczaj goryczą jego usta smakowały. Wszystko przez to, że choć lubił przynosić słodycz, to sam za słodyczami nie przepadał. I za bardzo lubił smak czarnej kawy.
Ogień buzował w kominku i trzaskał klockami drewna, które zostały mu rzucone na pożarcie jak dzikiej bestii. Był równie cichy i zmysłowy jak oddech młodego mężczyzny ułożonego na łóżku. Jasne, blond włosy rozsypywały się wokół niego, a ciepły pomarańcz ognia grał w jego nieludzko niebieskich oczach przyjemnym ciepłem. Pieczęć jego narodzin. Niemożliwy do pozbycia się dowód na to, że Lauren był przynajmniej jedną nogą dalej od szlachetnej, czystej krwi. Splamiony syrenią krwią. Te oczy, jasny błękit oceanicznych toni, wpatrywały się z ciekawością w Philipa. Teraz już ciekawością, słodką miękkością. Anielska twarz Laurenta zdawała się całkowicie niewinna, kiedy uśmiechał się do kochanka, choć niewinność była być może ostatnim słowem, które powinno przychodzić do głowy opisując tego człowieka. Badał każdy ruch Philipa i każdą zmianę w jego oczach i na ciele. Może i wcześniej napiętym, na jednym z wielu przyjęć, na jakich przyszło mu się spotkać, ale teraz wydawał się całkowicie odprężony. To dobrze. Bo tego właśnie dla niego chciał. Lubił te chwile, kiedy mógł nasycić się jego obecnością, zanim przyjdzie uciekać jak złodziej ukradkiem, zbierać ciuchy w pośpiechu, żeby nie dotrwać poranka. Bo przecież co ludzie powiedzą. To grzeszne, nieboskie, wiązać ciało z ciałem dwóch mężczyzn. Niegodne. Ale niegodność nie było też czymś, co gościłoby wśród tych powolnych oddechów i przyjemnego spokoju. A przynajmniej nie w momentach, kiedy przyjeemność przeważała ponad konsekwencjami pewnych ruchów i decyzji.
Laurent wyciągnął dłoń, żeby dotknąć twarz Philipa, jakby chciał zbadać kształt jego kości policzkowej, tego jak skóra schodzi w dół, na linię szczęki, jaki kształt ma jego podbródek. Albo jakby chciał się go nauczyć na pamięć. Podobał mu się. Dlatego mógł mu szeptać czułe słowa, mógł dotykać go, jakby był jego bogiem i składać modlitwy w aksamitnej pościeli. Podobał mu się nie tylko z powodu dużych dłoni na swoim drobnym ciele, jego silnych ramion, ale przez to, jakie miał oczy. Dobre. Jak każdy człowiek miał swoje wady, swoje demony, ale dla Laurenta był po prostu dobrym człowiekiem. Osobą, która traktowała go z szacunkiem, sympatią. Z oddaniem, kiedy przyśpieszało serce i krew szumiała w uszach.
- Chciałbym, żeby wszyscy patrzyli na mnie tak, jak ty teraz. - Było w tym coś całkowicie bezbożnego. Laurent był aniołem, którego nie zesłały Niebiosa. Uniósł się na przedramionach, uśmiechając szerzej i patrząc na Philipa z błyskiem w błękitnych oczach. - Ale to niemożliwe. Bo nie ma drugich takich pięknych oczu. - Niemożliwe z wielu innych względów, ale to nie było zupełnie istotne. Nie tu. Nie teraz. Tutaj bożkiem był tylko Philip. I to był tylko jego sen na jawie.