Przez moment poczuła się znowu tak, jakby była w szkole. Dumna pani prefekt spoglądająca na dwóch uczniów, którzy w głowie nie mieli nauki, tylko psoty. Którzy kątem zerkali przez ramiona kolegów czy koleżanek, by zobaczyć co piszą i ze skupieniem godnym przygryzienia wyciągniętego bokiem języka, odpisać kilka zdań. Zdania te były rzecz jasna pozbawione kluczowych elementów, jak jakiegoś „nie”, albo przecinka w dobrym miejscu i potem wychodzi „jedzcie dzieci” zamiast „jedzcie, dzieci”. Nikt nie musiał Victorii tłumaczyć, że ma przed sobą dwóch bałwanów – stali przy stoliku, bardziej zainteresowani zawartością butelek i szklanek niż tym, co się do nich mówiło. Vidziała to w pełnym niezrozumienia wzroku Sauriela – taka inteligentna bestia, a tutaj… inteligencji nie stwierdzono. A Stanley? Stanley właśnie zapisywał co drugie słowo.
Victoria zmrużyła te swoje duże oczy, upodabniając się przy tym na moment do jakiejś żmijki. Albo kobry królewskiej. Względnie do jakiegoś kota, który właśnie coś przekminiał, ale nie tak intensywnie, że potrzeba było do tego oczu otwartych na spodki i wielkich obliczeń matematycznych.
- Pokaż mi te notatki – zażądała, wyciągając rękę do Stanleya po zeszyt, bo miała jakieś takie dziwne przeczucie, że ma tam zapisany stek bzdur i całkowite przeciwieństwo tego, co właśnie im powiedziała.
Victoria spojrzała na Sauriela wymownie i nawet trochę ostro – nie, nie miał zaczynać kopać. Ten też dawał popis, widać było, że nie słuchał ani trochę.
- Sam jesteś arena – odpowiedziała Saurielowi może nawet trochę obrażona. Obaj nie mieli (hehe) z-i-e-l-o-n-e-g-o pojęcia o roślinach, sadzeniu, zielarstwie – o czymkolwiek! I się za to zabierali od dupy strony, dosłownie, nie znając nawet podstaw. PODSTAW! Victoria złapała dwoma palcami nasadę nosa i przymknęła powieki, licząc w myślach do dziesięciu. - Kompost – powtórzyła raz jeszcze, żeby to słowo jakoś ułożyło się w głowach jednego i drugiego bałwana. - Nawóz powstały z resztek roślinnych – a nie… zwierzęcych odchodów. - Rośliny potrzebują do tego odpowiedniej gleby, a nie byle czego – westchnęła. - No trzeba odkopać kawałek i zobaczyć co jest w środku – skoro Stanley tego nie wiedział… Ale skoro zakopywał ogórki i niczego nie zauważył… a może nie wiedział, że ma cokolwiek zauważyć? - Bez nawozu to niewiele będzie z tych ogóreczków – dodała jeszcze, żeby panowie mieli pojęcie jak ważne to było i że trzeba się skupić, a nie myśleć o niebieskich migdałach.