20.08.2023, 18:23 ✶
Zdaniem Tośka, bardziej niestety. Wiedział, że musi już od wielu lat, ale wciąż nie znalazł metody, aby z tym się pogodzić. Nie był w swoich oczach najlepszym kandydatem do sprawowania pieczy nad rodziną Borginów, wciąż miał pstro w głowie i był paskudnie egoistyczny. Coś wewnątrz szeptało mu również, że mógłby przerodzić się we własnego ojca, jeśli los posłałby na jego drogę odpowiednie kłody. Był przecież porywczy. Jak miał być odpowiedzialny za nich wszystkich? Gdyby istniała taka możliwość — prosił lub raczej pytał dziadka o to kilkukrotnie, oddałby rolę Stanleyowi, a sam cieszył się wolnością i życiem. Samo utrapienie z tym całym dziedzicem, Salazar mu świadkiem.
Jeśli chodziło o najbliższych, Antek był człowiekiem czułym oraz lojalnym, wychodził z założenia, że co było jego, należało również do braci i siostry. Zrobiłby dla nich tak naprawdę wszystko, buntując się i obrażając głównie dla zasady. Wszyscy byli w podobnym wieku, przez co wychowywali się razem i zżyli ze sobą na tyle, że czasem nie musieli używać słów, wystarczyło spojrzenie do komunikacji. Stasiek był oczywiście dla niego najważniejszy i wyjątkowy, okazał mu dużo serca w czasach, gdy najbardziej go potrzebował. Sam nie wiedział, czy Czarodziej zrobił to świadomie, czy może po prostu tak wyszło, ale to właśnie dzięki niemu nie był teraz potworem i wyszedł na ludzi, piastując całkiem dobre stanowisko. Ciężko byłoby nazwać kogokolwiek o nazwisku Borgin osobą źle ubraną lub z nieschludną aparycją. Dziadek bardzo na to naciskał, zawsze musieli być nieskazitelni. Rozmówce należało szanować, jeśli miało się do niego interes i należało zachowywać się oraz wyglądać tak, jak sami chcieliby być przywitani oraz przyjęci. Słyszał czasem, gdy William tak mówił, jak zamykał oczy. Był człowiekiem surowym, ale sprawiedliwym i zawsze dobrze ich traktował. Nikt się też mu nie sprzeciwiał, wszak dziadek wiedział, co jest najlepsze dla ich rodziny i faktycznie, tylko babcia umiała go do czegoś nakłonić, jeśli bardzo chciała.
Chłopak zauważył, że coś się zmieniło w związku z jego ojcem w ciągu ostatnich lat, ale zapytany — nie umiałby odpowiedzieć. Trzymano go na pewien dystans, nie brał udziału w naradach opiekunów interesów oraz członków rodziny, spełniał jedynie polecenia z mniejszym lub większym sukcesem. Mężczyzna wywoływał strach, ale trudno było dostrzec w oczach wujów, ciotek lub kuzynów szacunek. Nawet obecna głowa rodu zdawała się coraz częściej spoglądać na niego z przymrużeniem oka, co pewnie było jednym z głównych powodów jego niezadowolenia, za co również obrywał Tosiek, jeśli stary miał ku temu okazję. Cóż, lepiej on niż młodsze rodzeństwo, miał już twardą skórę i aż tak się nie przejmował. Przywykł w końcu do tego, że nie spełniał jego oczekiwań.
Westchnął, wywrócił oczami i bezradnie uniósł ręce, akceptując z pokorą i pewnym niezadowoleniem swój straszliwy los, bo Stasiek mówił takim, a nie innym tonem. Wiedział, gdy dyskusja z nim była zakończona. Każdy z Borginów miał to do siebie, że bywał nieugięty, jeśli na coś się już uparł. Musiał to zrobić, po to się urodził i taka była jego rola, wiedział o tym. Wiedział.
- Jakby zabili Cię zamiast zabić mnie stary, to przysięgam, popełniłbym samobójstwo i razem zostalibyśmy duchami, które błądzą po świecie i szukają, nie wiem.. Czego może szukać taki duch? - zapytał ze wzruszeniem ramion, mówiąc pół żartem i pół serio. Gdyby coś się Stanleyowi stało, a już nie daj Merlinie w obronie jego, to pół albo cały Londyn poszedłby z dymem i mogłaby wybuchnąć jakaś wojna, bo chłopak zupełnie straciłby nad sobą kontrolę, rozum i wszelkie hamulce. Nie wspominając, że dla oprawcy najłagodniejszą formą kary byłaby śmierć. - Jak możesz być tego taki pewien? - zapytał nieco podejrzliwie, bo w obecnej chwili zupełnie nie widział siebie w roli dziadka, gdzie miałby taki posłuch, szacunek, a co ważniejsze, że dawałby rady, które można byłoby nazwać dobrymi. Brzmiało to, jak piękna, senna mara. -No kurwa raczej, że będziesz. Chyba nie myślisz, że sam to wszystko ogarnę? Jak dla mnie, to mogę być Twoją twarzą i rękoma, a Ty możesz podejmować decyzję Stasiu. - skrzyżował ręce na piersiach buntowniczo, podejmując kolejną próbę. Przyglądał mu się badawczo, dając tym samym do zrozumienia, że niezależnie od tego, jak Andrew zaprzeczy, będzie i tak, jak Ian mówił. Dlaczego? A bo i tak będzie robił dokładnie to, czego ten pierwszy chciał. Nie było istoty na świecie, której ufałby bardziej i którą bardziej by szanował. Pewnie też trochę kochał, ale przyznanie się do tego byłoby strasznie niemęskie. Na całe szczęście, dziadek miał dobre zdrowie i chyba nigdzie się nie wybierał, dzięki czemu miał jeszcze trochę niezależności, zanim wszyscy zaczną patrzeć mu na ręce.
- Ty nie, ale nie jestem pewien, czy dziadek by tego nie zrobił, gdy przyjdzie odpowiednia pora. I wiesz, że nie będę mógł odmówić. Ona jednak owszem, będzie mogła. - uśmiechnął się nieco diabelsko, a w oczach zatańczył mu niebezpieczny błysk. Anthony miał swoje sposoby na to, aby sprawy układały się po jego myśli. Pomijając oczywiście charyzmę i ujmujący sposób bycia, który tak napędzał jego karierę w departamencie, który planował przejąć. - Nadal nie rozumiem, dlaczego tak jej nie lubisz.
Zauważył na jego oczko, nawiązując oczywiście do swojej wielkiej miłości z czasów szkolnych — silnej, ognistej, temperamentnej, pięknej i niezależnej Brenny Longbottom. Stanely nie wiedział jednak o tym, że w jego życiu pojawiła się jeszcze jedna dziewczyna, sprawa była zbyt świeża, ale musiał Tosiek przyznać, miała potencjał i była bardzo w jego typie.
- Za przyszłość naszej rodziny. - poprawił go, unosząc jednak szklankę. Zrobił dużego łyka, cierpki alkohol przyjemnie połaskotał przełyk, ale nawet się nie skrzywił. Pił przecież często, chociaż mało kiedy się upijał, miał silną głowę, bo wypady z Louvainem i Atreusem dobrze hartowały, szczególnie gdy Stanley do nich dołączał. We czwórkę mogliby podbić cały świat i zdobyć każdą dziewczynę, nawet angielską księżniczkę, gdyby tylko chcieli i gdyby Małgorzata nie była brudasem bez magii.
- Długo zamierzasz tak mnie trzymać w niepewności? - zapytał z westchnieniem, nieco marudnym, zanim raz jeszcze wyjrzał za okno, a potem wrócił na kanapę, gdzie bezkarnie się rozsiadł. Nie patrzył na zegarek, nigdzie mu się nie śpieszyło. - Co kurwa? - zapytał zbity z tropu, gdy padło polityczne nazwisko, wbijając wzrok w kuzyna, przekręcając głowę na bok tak, że niesforny lok opadł mu na czoło. Prychnął, sięgając papierosy — jednego wsunął do ust, a resztą położył na stolę z otwartą paczką, jeśli brat miał ochotę. Gdy zapalił, obok ułożył jeszcze zapalniczkę. Roześmiał się, zaciągając i kręcąc głową. - Do kasacji, powinni pozbyć się go wcześniej. Kto to słyszał, żeby szanujący się czarodziej takie rzeczy wygadywał i takie szlamy obracał — o tym ostatnim mówili w moim departamencie. Co was wzięło na tego dinozaura?
Wypuścił dym chwilę wcześniej, wpatrując się w niego z nutą obrzydzenia na twarzy. Przez niego właśnie musiał znosić szlamy na bankietach i nawet być miłym dla jednej idiotki, która była u niego zarządzie i brała od niego raporty. Często po tym musiał myć ręce.
Jeśli chodziło o najbliższych, Antek był człowiekiem czułym oraz lojalnym, wychodził z założenia, że co było jego, należało również do braci i siostry. Zrobiłby dla nich tak naprawdę wszystko, buntując się i obrażając głównie dla zasady. Wszyscy byli w podobnym wieku, przez co wychowywali się razem i zżyli ze sobą na tyle, że czasem nie musieli używać słów, wystarczyło spojrzenie do komunikacji. Stasiek był oczywiście dla niego najważniejszy i wyjątkowy, okazał mu dużo serca w czasach, gdy najbardziej go potrzebował. Sam nie wiedział, czy Czarodziej zrobił to świadomie, czy może po prostu tak wyszło, ale to właśnie dzięki niemu nie był teraz potworem i wyszedł na ludzi, piastując całkiem dobre stanowisko. Ciężko byłoby nazwać kogokolwiek o nazwisku Borgin osobą źle ubraną lub z nieschludną aparycją. Dziadek bardzo na to naciskał, zawsze musieli być nieskazitelni. Rozmówce należało szanować, jeśli miało się do niego interes i należało zachowywać się oraz wyglądać tak, jak sami chcieliby być przywitani oraz przyjęci. Słyszał czasem, gdy William tak mówił, jak zamykał oczy. Był człowiekiem surowym, ale sprawiedliwym i zawsze dobrze ich traktował. Nikt się też mu nie sprzeciwiał, wszak dziadek wiedział, co jest najlepsze dla ich rodziny i faktycznie, tylko babcia umiała go do czegoś nakłonić, jeśli bardzo chciała.
Chłopak zauważył, że coś się zmieniło w związku z jego ojcem w ciągu ostatnich lat, ale zapytany — nie umiałby odpowiedzieć. Trzymano go na pewien dystans, nie brał udziału w naradach opiekunów interesów oraz członków rodziny, spełniał jedynie polecenia z mniejszym lub większym sukcesem. Mężczyzna wywoływał strach, ale trudno było dostrzec w oczach wujów, ciotek lub kuzynów szacunek. Nawet obecna głowa rodu zdawała się coraz częściej spoglądać na niego z przymrużeniem oka, co pewnie było jednym z głównych powodów jego niezadowolenia, za co również obrywał Tosiek, jeśli stary miał ku temu okazję. Cóż, lepiej on niż młodsze rodzeństwo, miał już twardą skórę i aż tak się nie przejmował. Przywykł w końcu do tego, że nie spełniał jego oczekiwań.
Westchnął, wywrócił oczami i bezradnie uniósł ręce, akceptując z pokorą i pewnym niezadowoleniem swój straszliwy los, bo Stasiek mówił takim, a nie innym tonem. Wiedział, gdy dyskusja z nim była zakończona. Każdy z Borginów miał to do siebie, że bywał nieugięty, jeśli na coś się już uparł. Musiał to zrobić, po to się urodził i taka była jego rola, wiedział o tym. Wiedział.
- Jakby zabili Cię zamiast zabić mnie stary, to przysięgam, popełniłbym samobójstwo i razem zostalibyśmy duchami, które błądzą po świecie i szukają, nie wiem.. Czego może szukać taki duch? - zapytał ze wzruszeniem ramion, mówiąc pół żartem i pół serio. Gdyby coś się Stanleyowi stało, a już nie daj Merlinie w obronie jego, to pół albo cały Londyn poszedłby z dymem i mogłaby wybuchnąć jakaś wojna, bo chłopak zupełnie straciłby nad sobą kontrolę, rozum i wszelkie hamulce. Nie wspominając, że dla oprawcy najłagodniejszą formą kary byłaby śmierć. - Jak możesz być tego taki pewien? - zapytał nieco podejrzliwie, bo w obecnej chwili zupełnie nie widział siebie w roli dziadka, gdzie miałby taki posłuch, szacunek, a co ważniejsze, że dawałby rady, które można byłoby nazwać dobrymi. Brzmiało to, jak piękna, senna mara. -No kurwa raczej, że będziesz. Chyba nie myślisz, że sam to wszystko ogarnę? Jak dla mnie, to mogę być Twoją twarzą i rękoma, a Ty możesz podejmować decyzję Stasiu. - skrzyżował ręce na piersiach buntowniczo, podejmując kolejną próbę. Przyglądał mu się badawczo, dając tym samym do zrozumienia, że niezależnie od tego, jak Andrew zaprzeczy, będzie i tak, jak Ian mówił. Dlaczego? A bo i tak będzie robił dokładnie to, czego ten pierwszy chciał. Nie było istoty na świecie, której ufałby bardziej i którą bardziej by szanował. Pewnie też trochę kochał, ale przyznanie się do tego byłoby strasznie niemęskie. Na całe szczęście, dziadek miał dobre zdrowie i chyba nigdzie się nie wybierał, dzięki czemu miał jeszcze trochę niezależności, zanim wszyscy zaczną patrzeć mu na ręce.
- Ty nie, ale nie jestem pewien, czy dziadek by tego nie zrobił, gdy przyjdzie odpowiednia pora. I wiesz, że nie będę mógł odmówić. Ona jednak owszem, będzie mogła. - uśmiechnął się nieco diabelsko, a w oczach zatańczył mu niebezpieczny błysk. Anthony miał swoje sposoby na to, aby sprawy układały się po jego myśli. Pomijając oczywiście charyzmę i ujmujący sposób bycia, który tak napędzał jego karierę w departamencie, który planował przejąć. - Nadal nie rozumiem, dlaczego tak jej nie lubisz.
Zauważył na jego oczko, nawiązując oczywiście do swojej wielkiej miłości z czasów szkolnych — silnej, ognistej, temperamentnej, pięknej i niezależnej Brenny Longbottom. Stanely nie wiedział jednak o tym, że w jego życiu pojawiła się jeszcze jedna dziewczyna, sprawa była zbyt świeża, ale musiał Tosiek przyznać, miała potencjał i była bardzo w jego typie.
- Za przyszłość naszej rodziny. - poprawił go, unosząc jednak szklankę. Zrobił dużego łyka, cierpki alkohol przyjemnie połaskotał przełyk, ale nawet się nie skrzywił. Pił przecież często, chociaż mało kiedy się upijał, miał silną głowę, bo wypady z Louvainem i Atreusem dobrze hartowały, szczególnie gdy Stanley do nich dołączał. We czwórkę mogliby podbić cały świat i zdobyć każdą dziewczynę, nawet angielską księżniczkę, gdyby tylko chcieli i gdyby Małgorzata nie była brudasem bez magii.
- Długo zamierzasz tak mnie trzymać w niepewności? - zapytał z westchnieniem, nieco marudnym, zanim raz jeszcze wyjrzał za okno, a potem wrócił na kanapę, gdzie bezkarnie się rozsiadł. Nie patrzył na zegarek, nigdzie mu się nie śpieszyło. - Co kurwa? - zapytał zbity z tropu, gdy padło polityczne nazwisko, wbijając wzrok w kuzyna, przekręcając głowę na bok tak, że niesforny lok opadł mu na czoło. Prychnął, sięgając papierosy — jednego wsunął do ust, a resztą położył na stolę z otwartą paczką, jeśli brat miał ochotę. Gdy zapalił, obok ułożył jeszcze zapalniczkę. Roześmiał się, zaciągając i kręcąc głową. - Do kasacji, powinni pozbyć się go wcześniej. Kto to słyszał, żeby szanujący się czarodziej takie rzeczy wygadywał i takie szlamy obracał — o tym ostatnim mówili w moim departamencie. Co was wzięło na tego dinozaura?
Wypuścił dym chwilę wcześniej, wpatrując się w niego z nutą obrzydzenia na twarzy. Przez niego właśnie musiał znosić szlamy na bankietach i nawet być miłym dla jednej idiotki, która była u niego zarządzie i brała od niego raporty. Często po tym musiał myć ręce.