20.08.2023, 22:05 ✶
Na szczęście wmawiał sobie, że jest inaczej i nie jest jakimś duchem o słabej poświacie dla Panny Longbottom. Nie był przecież brzydki, nie był biedny i specjalnie głupi, uczył się i miał oceny przyzwoite. Wzrost też według jego mniemania zwiększał szansę u starszej dziewczyny. Sam nie mógłby zdecydować, czy stwierdzenie "do widoku ładnych, chłopięcych twarzy nawykła", uznałby za komplement czy raczej cios proste w jego nastoletnie serce, że wrzuciła go do worka — o zgrozo — z cichym puchonem i swoim własnym bratem. To drugie było gorsze. Na szczęście nie miał opanowanej jeszcze sztuki przeglądania cudzego umysłu, chociaż ojciec już zdążył na ostatnim spotkaniu o tym wspomnieć, pomiędzy wrzaskami o jego nieudolności a niezadowoleniem z faktu otrzymania "Z" z ostatniego sprawdzianu z eliksirów.
Brenna była typem człowieka, którego albo się lubiło, albo nie. Dużo mówiła, ale głos miała przyjemny i wydawała mu się elokwentna, gotowa do wypowiedzenia się na każdy z możliwych tematów. Była narwana, była pełna energii, niezależna, miała w sobie intrygujący błysk — zwłaszcza w oczach, które z ciekawością spoglądały na otaczający ją świat. Była też śliczna i miała czystą krew — jedyną wadą był ten nieszczęsny Gryffindor, ale był obecnie zbyt nią zafascynowany, aby dłużej nad tym gdybać. Gdy się tak uśmiechnęła, on sam też się uśmiechnął, lustrując wzrokiem jej twarz i policzki, znów myśląc, jak śliczną jest dziewczyną.
- Czy normalny nie pachnie ładniej? - zapytał z zaciekawieniem, bo wydawało mu się, że dla dziewcząt o było ważne, dlatego zawsze były takie zadowolone, gdy dostawały kwiaty. Jego siostra zawsze zanurzała w nich twarz z zachwytem. Przyjrzał się warzywom i z niezadowoleniem stwierdził, że ktoś się przyłóż i wcale nie ułożył przypadkiem sałaty czy innej brukwie, razem z tą marchewką. Ściągnął brwi w zastanowieniu, jego palce nerwowo stuknęły o najbliższą powierzchnię. - Zamierzasz zjeść swój walentynkowy bukiet? Kto był taki kreatywny, będę musiał się zainspirować, skoro działa.
Dodał mimochodem, chcąc oczywiście zachować twarz, jakby wcale ten fakt go nie denerwował, tak, jak denerwował. Bo co, jeśli jakiś ziemniak zdobędzie jej serce? Przygryzł delikatnie zewnętrzną część polika. Nawet jak Brenna dużo jadła, nie było po niej zupełnie tego widać. Czy przez ten bukiet, ona była czyimś słodkim ziemniaczkiem? Wydał z siebie ciche mruknięcie, kontemplując nad tym, jakby co najmniej zależał od tego los świata.
Cofnął się pół kroku, będąc trochę rozbawionym, a trochę pod wrażeniem.
- Naprawdę dałabyś w nos za porwanie w walentynki? - w jego głowie był to przecież plan doskonały, a teraz okazało się, że to mogło nie wszystkim się podobać, cóż za zaskoczenie. Anthony zmierzwił włosy, przenosząc wzrok na bok. Jego dłoń mimowolnie powędrowała do kieszeni, sprawdzał, czy pudełko wciąż tam było. Owszem, słyszał o tym, że biła Rosiera na kwaśne jabłko, ale każdy wiedział, jak rycerska była Longbottomówna i nawet on nie używał określenia brzydkiego względem niemagicznym w jej obecności, aby nie dostać punktów minusowych. Prawda była taka, że dla większość Ślizgonów, szlama była szlamą. A potem zaczęła mówić, dość długo. Nie przerywał jej, słuchając po prostu, jedynie może krzyżując ręce na klatce piersiowej, cofnął się nieco i dał jej więcej przestrzeni, bo nagle zapach przyszłej sałatki go zirytował.
- Same problemy z tą miłością i walentynkami. Jednak nie Panno Longbottom, ja nie dlatego. - odpowiedział z delikatnym wzruszeniem ramion, nie zdając sobie sprawy, jak wiele amortencji rozniosło się po szkole. Nie słyszał też o nikim, kto włamałby się do gabinetu, ale każdy miał swoje jakieś sekrety. Trochę żałosne sięgać po eliksir miłości, aby uzyskać czyjąś aprobatę i uczucie. Takie schadzki po amortencji odbierały całą zabawę, cały ogień w zalotach. Wysyłaniu liścików, kwiatków, czekoladek — dorośli pewnie sięgali też po seks, ale o tym Anthony na tym etapie swojego życia jeszcze nie myślał. - Jej łazienka nie brzmi na bezpieczne miejsce, aby coś przygotować. Ten duch strasznie dużo gada, wszyscy by wiedzieli, szczególnie jak podoba się jej jakiś chłopak. - przyznał po chwili namysłu, chociaż sam w tej toalecie nie był, to Martę miał okazję spotkać. Okularnica nie była specjalnie fajnym towarzystwem ani to ładne, ani mądre, ani też chyba nawet czystokrwiste, ale aż tak się Tosiek nie zagłębiał. Wrócił uwagą do uprowadzonej Gryfonki. Westchnął, a potem chciał coś powiedzieć, ale Brenna kontynuowała i chłopak aż usiadł z wrażenia, o mało nie zgniatając czekoladek. Patrzył na nią zrezygnowany, nie bardzo wiedząc, co ma jej powiedzieć. Wcale nie potrzebował obrony przed jakąś dziewuchą, tym bardziej w wykonaniu dziewczyny, którą lubił.
- Nie chciałem jej znowu odrzucać przy ludziach, żeby nie płakała w walentynki. - odpowiedział w końcu, czując, jak odrobinę rumienią mu się policzki, bo przecież psuło to jego obraz łobuza i niesfornego chłopca z bandy najprzystojniejszych w szkole. Westchnął ciężko, przesuwając dłonią po twarzy, a potem zwilżył usta. Zachciało mu się pić i sam nie wiedział, czy te czekoladki to dobry pomysł. - Jak chcesz, to możemy iść na korytarz, jeśli się boisz pająków. Mnie nie przeszkadzają, są pożyteczne. - zaczął nastolatek, wstając. Sięgnął do kieszeni, wyjmując pudełko z czekoladkami, na szczęście wcale nie było zgniecione. Słodycze były przyzwoite, odkładał na nie z kieszonkowych, nie chcąc podarować jej byle marchewki, ziemniaka czy mlecznej czekolady. Wyprostował się, spojrzał na jej twarz i wyciągnął rękę w jej stronę. - To dla Ciebie. No wiesz, na walentynki. Pomyślałem, że będą Ci smakować i chciałem Ci je dać. To jakieś smaki niespodzianki, nie znam się na słodyczach. - wyjaśnił, nie uciekając od niej spojrzeniem pomimo zawstydzenia. Nie mógł powiedzieć wprost, że mu się podoba i zapytać o chodzenie, bo był od niej młodszy i pewnie źle by to przyjęła, zwłaszcza po jej chęciach bycia rycerzem.
Brenna była typem człowieka, którego albo się lubiło, albo nie. Dużo mówiła, ale głos miała przyjemny i wydawała mu się elokwentna, gotowa do wypowiedzenia się na każdy z możliwych tematów. Była narwana, była pełna energii, niezależna, miała w sobie intrygujący błysk — zwłaszcza w oczach, które z ciekawością spoglądały na otaczający ją świat. Była też śliczna i miała czystą krew — jedyną wadą był ten nieszczęsny Gryffindor, ale był obecnie zbyt nią zafascynowany, aby dłużej nad tym gdybać. Gdy się tak uśmiechnęła, on sam też się uśmiechnął, lustrując wzrokiem jej twarz i policzki, znów myśląc, jak śliczną jest dziewczyną.
- Czy normalny nie pachnie ładniej? - zapytał z zaciekawieniem, bo wydawało mu się, że dla dziewcząt o było ważne, dlatego zawsze były takie zadowolone, gdy dostawały kwiaty. Jego siostra zawsze zanurzała w nich twarz z zachwytem. Przyjrzał się warzywom i z niezadowoleniem stwierdził, że ktoś się przyłóż i wcale nie ułożył przypadkiem sałaty czy innej brukwie, razem z tą marchewką. Ściągnął brwi w zastanowieniu, jego palce nerwowo stuknęły o najbliższą powierzchnię. - Zamierzasz zjeść swój walentynkowy bukiet? Kto był taki kreatywny, będę musiał się zainspirować, skoro działa.
Dodał mimochodem, chcąc oczywiście zachować twarz, jakby wcale ten fakt go nie denerwował, tak, jak denerwował. Bo co, jeśli jakiś ziemniak zdobędzie jej serce? Przygryzł delikatnie zewnętrzną część polika. Nawet jak Brenna dużo jadła, nie było po niej zupełnie tego widać. Czy przez ten bukiet, ona była czyimś słodkim ziemniaczkiem? Wydał z siebie ciche mruknięcie, kontemplując nad tym, jakby co najmniej zależał od tego los świata.
Cofnął się pół kroku, będąc trochę rozbawionym, a trochę pod wrażeniem.
- Naprawdę dałabyś w nos za porwanie w walentynki? - w jego głowie był to przecież plan doskonały, a teraz okazało się, że to mogło nie wszystkim się podobać, cóż za zaskoczenie. Anthony zmierzwił włosy, przenosząc wzrok na bok. Jego dłoń mimowolnie powędrowała do kieszeni, sprawdzał, czy pudełko wciąż tam było. Owszem, słyszał o tym, że biła Rosiera na kwaśne jabłko, ale każdy wiedział, jak rycerska była Longbottomówna i nawet on nie używał określenia brzydkiego względem niemagicznym w jej obecności, aby nie dostać punktów minusowych. Prawda była taka, że dla większość Ślizgonów, szlama była szlamą. A potem zaczęła mówić, dość długo. Nie przerywał jej, słuchając po prostu, jedynie może krzyżując ręce na klatce piersiowej, cofnął się nieco i dał jej więcej przestrzeni, bo nagle zapach przyszłej sałatki go zirytował.
- Same problemy z tą miłością i walentynkami. Jednak nie Panno Longbottom, ja nie dlatego. - odpowiedział z delikatnym wzruszeniem ramion, nie zdając sobie sprawy, jak wiele amortencji rozniosło się po szkole. Nie słyszał też o nikim, kto włamałby się do gabinetu, ale każdy miał swoje jakieś sekrety. Trochę żałosne sięgać po eliksir miłości, aby uzyskać czyjąś aprobatę i uczucie. Takie schadzki po amortencji odbierały całą zabawę, cały ogień w zalotach. Wysyłaniu liścików, kwiatków, czekoladek — dorośli pewnie sięgali też po seks, ale o tym Anthony na tym etapie swojego życia jeszcze nie myślał. - Jej łazienka nie brzmi na bezpieczne miejsce, aby coś przygotować. Ten duch strasznie dużo gada, wszyscy by wiedzieli, szczególnie jak podoba się jej jakiś chłopak. - przyznał po chwili namysłu, chociaż sam w tej toalecie nie był, to Martę miał okazję spotkać. Okularnica nie była specjalnie fajnym towarzystwem ani to ładne, ani mądre, ani też chyba nawet czystokrwiste, ale aż tak się Tosiek nie zagłębiał. Wrócił uwagą do uprowadzonej Gryfonki. Westchnął, a potem chciał coś powiedzieć, ale Brenna kontynuowała i chłopak aż usiadł z wrażenia, o mało nie zgniatając czekoladek. Patrzył na nią zrezygnowany, nie bardzo wiedząc, co ma jej powiedzieć. Wcale nie potrzebował obrony przed jakąś dziewuchą, tym bardziej w wykonaniu dziewczyny, którą lubił.
- Nie chciałem jej znowu odrzucać przy ludziach, żeby nie płakała w walentynki. - odpowiedział w końcu, czując, jak odrobinę rumienią mu się policzki, bo przecież psuło to jego obraz łobuza i niesfornego chłopca z bandy najprzystojniejszych w szkole. Westchnął ciężko, przesuwając dłonią po twarzy, a potem zwilżył usta. Zachciało mu się pić i sam nie wiedział, czy te czekoladki to dobry pomysł. - Jak chcesz, to możemy iść na korytarz, jeśli się boisz pająków. Mnie nie przeszkadzają, są pożyteczne. - zaczął nastolatek, wstając. Sięgnął do kieszeni, wyjmując pudełko z czekoladkami, na szczęście wcale nie było zgniecione. Słodycze były przyzwoite, odkładał na nie z kieszonkowych, nie chcąc podarować jej byle marchewki, ziemniaka czy mlecznej czekolady. Wyprostował się, spojrzał na jej twarz i wyciągnął rękę w jej stronę. - To dla Ciebie. No wiesz, na walentynki. Pomyślałem, że będą Ci smakować i chciałem Ci je dać. To jakieś smaki niespodzianki, nie znam się na słodyczach. - wyjaśnił, nie uciekając od niej spojrzeniem pomimo zawstydzenia. Nie mógł powiedzieć wprost, że mu się podoba i zapytać o chodzenie, bo był od niej młodszy i pewnie źle by to przyjęła, zwłaszcza po jej chęciach bycia rycerzem.