Nienawidziła tego – tej pracy, tych ludzi. Tego, że była traktowana jak ktoś gorszego sortu; pokojówka, znaczy siła robocza, z którą można robić wszystko. Można zarzygać, może zasikać łóżko, a ktoś inny to posprząta – po co korzystać z wychodka, albo z miski, skoro można oddać wszystko na łóżko, a potem kazać komuś innemu to dotykać. Można też próbować obłapiać, rzucić na ścianę, nie pozwolić odejść ani do swoich obowiązków, ani dla chwili wolnego. Przecież ktoś taki jak ona wytrzyma – bo od tego właśnie jest: od spełniania zachcianek kogoś, dla kogo pracuje. Pracuje, czy jest niewolnikiem? Czy jej tez nie należało się choć trochę szacunku? Nie miała go od hrabiny – cokolwiek się nie działo, ostatecznie Victoria kłaniała się nisko i uśmiechała się, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Nie miała go też od jej syna, który po raz kolejny pozwolił sobie na nazbyt wiele. Jego alkoholowy oddech buchnął jej w twarz, kiedy po raz kolejny przyszpilił ją do ściany kajuty i nie chciał pozwolić, by sobie poszła. Czuła go, gdy się nad nią nachylał, kiedy bełkotał coś po swojemu – coś, czego nawet nie bardzo chciała słuchać. Po co właściwie to znosiła? Czemu jeszcze nie odeszła…? A dokąd by miała? Przy hrabinie miała pewność, że zostanie jej zapłacone. Ale kiedy jego dłoń wplotła się w ciemne, piękne włosy – jej chlubę, to Stone nie wytrzymała. Po prostu trzasnęła go w twarz. Na tyle mocno, że się odsunął – albo nie mocno, tylko po prostu się zdziwił? Ale Victoria nie czekała. Po prostu uciekła z kajuty i wypadła na korytarz, z mocno bijącym sercem. Wybiegła w takim pośpiechu, że nie zdążyła się oporządzić na tyle, by wyglądać odpowiednio godnie. I szczerze? W tej chwili ani myślała tam wracać. Przecież nie była żadnym robakiem… Nie stała tam pod drzwiami tylko po to, by synalek mamusi, gdy tylko się opamięta, znowu próbował się do niej dobierać – uciekła więc stamtąd i zatrzymała się zdaje się… gdzieś niedaleko ładowni. Gdzieś nad nią, mówiąc dokładniej. Stała tam, oparta o ścianę, oddychała ciężko, oczy miała przymknięte, kiedy usłyszała krzyk.
Damski krzyk.
Otwarła oczy. Zobaczyła wtedy, że nie jest sama, obok niej znajdowała się kobieta, która pchała wózek z pościelą. Kolejna służka. Ale krzyk nie ustępował. Geraldine rzuciła się do biegu, zostawiając wózek, o który potknął się Erik. Stone rzuciła się, by pomóc mu wstać. Na jego niedokończone pytanie mogła jedynie wzruszyć ramionami – nie wiedziała kto krzyczał, a dlaczego… Treść mówiła wiele. Ale i ten mężczyzna pobiegł do źródła głosu. Więc co miała zrobić Victoria? Stać tutaj? Wrócić do swojej pani? Nie. Nie chciała się natknąć ani na nią, ani na – co gorsza – jej syna. Pobiegła więc za tamtą dwójką.