20.08.2023, 23:31 ✶
Ulysses nie wiedział, że ojciec chce z nim porozmawiać akurat o ożenku. To nie tak, że nie spodziewał się, że taka rozmowa kiedyś będzie miała miejsce, ale w jego oczach nie był to temat szczególnie pilny. Nie, bo skoro Augustus miał dzieci (a wśród nich syna) to ród Rookwoodów miał swoje bezpośrednie przedłużenie. A on nie uważał siebie za szczególnie dobrą partię. Owszem, w jego żyłach płynęła czysta krew. Owszem, pochodził z szanowanego rodu. Owszem, pracował w Ministerstwie Magii.
Ale był Ulyssesem. Był obciążony dość ciężką, choć nie śmiertelną, przypadłością genetyczną. Był szkolnym pośmiewiskiem przez siedem lat Hogwartu. A teraz jako dorosły człowiek miał dosłownie: j e d n e g o przyjaciela. Nie brylował na przyjęciach (ba, właściwie to unikał przyjęć, bo było na nich głośno, hałaśliwie i działo się zbyt wiele rzeczy, których nie warto było pamiętać). Nigdy nie był typem mężczyzny, do którego kobiety ustawiały się w kolejce. Jakże mogłoby być inaczej, skoro rzadko potrafił do nich w ogóle zagadać? A już zagadać w taki sposób, by rozmowa była ciekawa? O, to przekraczało jego możliwości. W dodatku nie żartował. Praktycznie się nie uśmiechał. Być może nie podnosił głosu, ale rzadko na jego twarzy gościł przyjazny wyraz twarzy (nawet jeśli bardzo starał się być przyjazny).
Tamtego dnia wszedł do salonu, gdy był już po pracy, ale wyglądał dokładnie tak samo, jak wyglądałby niemal każdego poranka, gdy schodził na śniadanie. Miał na sobie schludny, ciemny garnitur, białą koszulę, idealnie związany krawat i doskonale obojętny na rzeczywistość wyraz twarzy.
- Ojcze? – zapytał uprzejmie, stając w drzwiach. Skierował poważny wzrok na Chestera, czekając aż ten powie mu, czemu właściwie go wzywał, a potem odruchowo podążył dalej ku dogasającemu na kominku ogniowi.
Spodziewał się raczej luźniejszej rozmowy niż jakiegoś szczególnie poważnego tematu. W przeciwnym wypadku ojciec wybrałby gabinet. Salon był… bardziej osobisty, rodzinny.
Ale był Ulyssesem. Był obciążony dość ciężką, choć nie śmiertelną, przypadłością genetyczną. Był szkolnym pośmiewiskiem przez siedem lat Hogwartu. A teraz jako dorosły człowiek miał dosłownie: j e d n e g o przyjaciela. Nie brylował na przyjęciach (ba, właściwie to unikał przyjęć, bo było na nich głośno, hałaśliwie i działo się zbyt wiele rzeczy, których nie warto było pamiętać). Nigdy nie był typem mężczyzny, do którego kobiety ustawiały się w kolejce. Jakże mogłoby być inaczej, skoro rzadko potrafił do nich w ogóle zagadać? A już zagadać w taki sposób, by rozmowa była ciekawa? O, to przekraczało jego możliwości. W dodatku nie żartował. Praktycznie się nie uśmiechał. Być może nie podnosił głosu, ale rzadko na jego twarzy gościł przyjazny wyraz twarzy (nawet jeśli bardzo starał się być przyjazny).
Tamtego dnia wszedł do salonu, gdy był już po pracy, ale wyglądał dokładnie tak samo, jak wyglądałby niemal każdego poranka, gdy schodził na śniadanie. Miał na sobie schludny, ciemny garnitur, białą koszulę, idealnie związany krawat i doskonale obojętny na rzeczywistość wyraz twarzy.
- Ojcze? – zapytał uprzejmie, stając w drzwiach. Skierował poważny wzrok na Chestera, czekając aż ten powie mu, czemu właściwie go wzywał, a potem odruchowo podążył dalej ku dogasającemu na kominku ogniowi.
Spodziewał się raczej luźniejszej rozmowy niż jakiegoś szczególnie poważnego tematu. W przeciwnym wypadku ojciec wybrałby gabinet. Salon był… bardziej osobisty, rodzinny.