Przymykając leniwie powieki, wsłuchiwał się w rozkoszne trzaskanie ognia w kominku i cichy, zmysłowy oddech mężczyzny przy swoim boku, z delikatnym uśmiechem błąkającym się po jego wargach; wywołującym ujmujące dołeczki w policzkach. Złote loki pozostawały poza jego kontrolą, w nieładzie, który zupełnie mu nie przeszkadzał. Nie musiał i nie zamierzał stąd wychodzić przez najbliższy czas, przez co nie musiał prezentować się nienagannie przed światem zewnętrznym. Nie było tutaj wstępu dla wszystkich osób, dla których był jedynie twarzą z okładki, szukających sensacji (znaleźliby niejedną pod różnymi imionami) i błysku fleszy. Ograniczył ten świat do dwóch osób i tak miało pozostać przez pewien czas. Do ponownego spotkania.
Bardzo dobrze czuł to, że skupia na sobie pełne ciekawości, jasnobłękitne niczym morze spojrzenie kochanka. Przemykał ku jego twarzy niebieskim spojrzeniem, szukając z nim w ten sposób kontaktu wzrokowego. Gdyby nie znał Laurenta to wziąłby go za chodzące uosobienie niewinności, które sprowadził na złą, acz bardzo przyjemną drogę. Podczas każdego z tych przyjęć, brylował w towarzystwie niczym prawdziwy lew salonowy. Czasami bywały takie momenty, w których miał wrażenie, że jeśli uśmiechnie się jeszcze szerzej to pęknie mu twarz a dłoń nie wytrzyma kolejnego uścisku dopiero co poznanej osoby. W takich chwilach marzył o wyrwaniu się stąd. Zdołał uciec w doskonały sposób.
Będąc w pełni zrelaksowanym, delektował się tą chwilą i bliskością kochanka. Cechująca go niestałość zdołała zejść na drugi plan. Pomimo upływu lat pozostawał kawalerem. Nie było przy jego boku żadnej kobiety ani mężczyzny, dla którego zacząłby łamać swoje zasady odnośnie relacji męsko-męskich. Byłby to przełomowy moment w jego życiu. Schadzki w względnie bezpiecznych czterech ścianach przy zaciągniętych zasłonach mogłyby nabrać nowego wymiaru. Nie był na tyle wyzwolony spod presji społeczeństwa i gotowy do postawienia na szali całego swojego życia aby w pełni przestać kierować się tym, co ludzie powiedzą na wieść o jego niemoralnym prowadzeniu się, zdaniem wielu uchodzących za wbrew naturze człowieka i porządkowi świata.
Czując na swoim policzku ciepłą dłoń kochanka, zamruczał cicho z zadowoleniem. Przez moment nawet wtulił policzek w dłoń kochanka, po czym lekko uniósł podbródek podczas tego swoistego badania swojej twarzy. Gdyby to było przelotne zainteresowanie z jego strony to nie przekroczyłby po raz kolejny drzwi pokoju, w którym czekał na niego przystojny blondyn. To, czy miał do niego pewną słabość, popychającą go ku niemu lub to, czy znalazł się pod syrenim urokiem, wymagało rozważenia. Wszechświat zdawał się sprzyjać ich spotkaniom, gdyż obracali się w dokładnie tych samych kręgach i łączyły ich wspólne pasje, jak chociażby zamiłowanie do jeździectwa.
Laurent zdawał się dostrzegać w nim więcej, niż wszyscy ludzie. Świadczyć mógł o tym fakt, że do tej pory nie nazwał go dupkiem lub palantem. Należało wspomnieć o tym, że jedno i drugie przychodziło mu z łatwością. Zmienną mogło być to, że naprawdę polubił Laurenta i to sprawiało, że jak dotąd zachowywał się poprawnie w tej materii. Przy bliższym poznaniu trochę zyskiwał, jeśli ktoś w ogóle chciał go lepiej poznać takim, jakim jest naprawdę.
Bo się zarumienię.
Pomyślał pod wpływem tego wyznania, któremu towarzyszył komplementowanie piękna jego oczu. Poczuł delikatnie mrowienie w obrębie policzków, świadczące o delikatnym zaróżowieniu skóry w tym miejscu. Prawdziwie szczery komplement lub próba uraczenia go odrobiną pięknych słówek były za to odpowiedzialne, trafiając i tak na podatny grunt cechującej go próżności. Nawykł do bezpośrednich i niegrzecznych komplementów, którymi nie było tak łatwo wywołać u niego taką właśnie reakcję. Dobrze się składało, że wszystko pozostanie w tych murach.
— Laurie... ci wszyscy ludzie nie zmieściliby się w tej sypialni. — Wymruczał w odpowiedzi na jego słowa w subtelnie żartobliwym tonie. Nie było tutaj miejsca na takie tłumy, patrzące w ten sposób na tego anioła z piekła rodem, co on. Odwzajemnił uśmiech, wciąż z delikatnym rumieńcem na policzkach. — Musiałbym przynieść albo przywołać lustro, by Ci coś udowodnić. Nie tylko mnie obdarzono pięknymi oczami. Nie każ mi tego robić, proszę. — Mruczał z półuśmiechem na ustach. Nie śpieszyło mu się do opuszczenia łóżka, jak i sięgnięcia po swoją różdżkę. W chwili obecnej nie był w stanie określić jej położenia, gdyż znajdowała się w którejś ze stert porozrzucanych po podłodze ubrań. Starał się w tym momencie zwrócić uwagę Laurenta na to, że nie tylko on jeden został obdarzony pięknymi oczami. Bo to była prawda.