Wypracowana punktualność była czymś, czego wymagał od wszystkich ludzi w swoim otoczeniu, niezależnie od tego, czy to byli Śmierciożercy, Aurorzy i Brygadziści. Podchodził nad wyraz odpowiedzialnie do swojej służby Czarnemu Panu, tak samo jak pracy pomimo faktu, że stały one w wyraźnej sprzeczności ze sobą. Bycie Aurorem otwierało wiele drzwi, które musiałby wyważyć, gdyby obrał sobie inną ścieżkę kariery.
Świadom tego, w jakim celu się zebrali w tym miejscu, mimowolnie nie mógł zignorować poczynionych w duchu spostrzeżeń. Pomimo obecności szlam, które mieli obrać sobie za cel ataku, jako ojciec trójki dzieci poczuł się stosownie zaniepokojony perspektywą sytuacji, w której sam przyłapałby swoje wchodzące w dorosłość dzieci na takim spędzie z okazji ukończenia Hogwartu. Samo świętowanie wydawało się zasadne, jednak wszystko miało swoje granice.
Dla całej sprawy dokonane przez niego spostrzeżenia nie miały znaczenia. Mugole nie powinni mieszać się z czarodziejami czystej krwi, płodząc właśnie szlamy. Dla tych nie było miejsca w świecie prawdziwych czarodziejów. Na nieszczęście, tacy plugawi mieszańcy uzurpowali sobie prawo do przebywania pośród wszystkich godnych do posługiwania się magią. Przez co musieli wziąć sprawy w swoje ręce.
Spojrzał przelotnie na Physetera. pytającego o ich liczebność podczas tego ataku. Oczekiwali na przybycie jego jedynej córki, posługującej się pseudonimem Avis. Wiedział, że jego córka nie zignoruje tego wezwania. Wolał jednak aby się nie spóźniła. Na szczęście jedynie dotarła jako ostatnia. Byłoby dziwne, gdyby sobie nie poradzili ze szlamami. Oczywiście, mogą starać się stawić im opór albo zacząć uciekać.
— Avis, dotarłaś. — Stwierdził niejako z zadowoleniem na dźwięk głosu swojej córki. Jaki jest plan? Od planowania to był on, jednak nie uważał aby urządzenie masakry na szlamach wymagało opracowania dokładnego planu, jaki stworzyłby gdyby chodziło o wyeliminowanie kluczowego celu. Nie oznaczało, że nie będzie trzymać ręki na pulsie, gdyż w ten atak była zaangażowana jego córka, krewniak i będący jego uczniem Vulturis.
— Atakujemy szlamy, zostawiamy trupy i teleportujemy się z tego miejsca. — Wytłumaczył w dużym skrócie swojej córce plan tego ataku, który wydawał się oczywisty w obecnej sytuacji.
— My też powinniśmy dołączyć do zabawy. — Odniósł się do wypowiedzi Vulturisa dotyczącej uczestników zabawy, której mieli położyć kres poprzez urządzenie rzezi. Dokonywanie morderstw stanowiło dla niego standardowy element służby Czarnemu Panu, choć jako osoba pozbawiona jakichkolwiek skrupułów potrafił się ich dopuścić nawet z prywatnych powodów. Przemoc stanowiła środek do osiągnięcia postawionych sobie celów. Corvusa nie trzeba było dwa razy zachęcać i dlatego samemu będąc uzbrojonym w swoją różdżkę ruszył do przodu. Uniósł różdżkę ku partnerce mężczyzny, który miał stać się celem ataku Vulturisa... który został spętany i potoczył się z górki na dół.
Idiota. Będzie musiał poradzić sobie sam.
W oczekiwaniu na to aż Vulturis uwolni się ze stworzonych przez siebie więzów, Corvus zaatakował tamtego mężczyznę kształtując snop płomieni, od którego pierwsze zajęło się noszone przez niego ubranie. Mężczyzna starał się ugasić płomienie, jednak bezskutecznie a kiedy one sięgnęły jego skóry zaczął przeraźliwie krzyczeć.