Czym była miłość..? Jeśli człowiek był sztuką, to miłość musiała nią być tym bardziej. Dłonie były pędzel wiedziony przez płótno, symbole na skórze jak farba, która pozostawiała swoje znamiona. Zazwyczaj lekkie, które rozpływały się kiedy tylko palec oderwał się od uciskanego miejsca. Przecież nie wolno było uszkodzić płótna. To byłaby taka wielka strata. Miłość musiała mieć malutkie skrzydła amorka i chyba zamiast łuku kupidyna wyposażono ją w szarfę, którą zasłaniała oczy. Nie musiałeś iść na ślepo, bo przecież to, jak wyglądała osoba przed tobą widziałeś doskonale. Lecz potem coś się nagle zmieniało, przestawałeś widzieć wady, przestawałeś zwracać uwagę na ułomności. Wznosiłeś osobę, z którą się spotkałeś, na wyżyny. Jak muza, która mruczała do uszka słodkie melodie, żebyś mógł malować dalej. Laurent zaślepiony nie był. To chyba dlatego, że nie był zakochany. Był zauroczony, był zachwycony, ale nie był zakochany. Prawdę powiedziawszy - chyba nie zakochał się jeszcze w swoim życiu tak naprawdę. Wiedział jednak, że ta miłość między ich dwójką była jak najbardziej prawdziwa, nawet jeśli nie była opiewana przez chóry anielskie i jeśli nie sięgała głęboko w serce tak, by już niczego poza sobą nie widzieć. To była miłość na jedną noc. Kiedy leżało nagie ciało obok nagiego ciała ciężko mówić o tajemnicach. Jeszcze ciężej było mówić o granicach, skoro oboje wiedzieli, czego chcą i nie bali się po to sięgnąć. Laurent zaś chciał w tych wieczorach i nocach dać Philipowi wszystko. Chciał być doskonałym puzzlem, który wpasuje się w nadane mu miejsce, chciał być plasteliną, którą uginają dłonie, brakującym elementem, dzięki któremu połówka stawała się całością. Chyba mu się to udawało. Nie musiał przy tym przyjmować szarfy tej Miłości przez wielkie "m". Nie musiał zasłaniać sobie oczu. Ba! Doskonale wiedział i doskonale widział, jakim człowiekiem jest Philip Nott i to nie sprawiało, że lubił go mniej. Wręcz przeciwnie. Lubił go tym bardziej. Tego lwa o złotej grzywie, który potrafił być arogancki, który nosił zawsze wysoko swoją głowę i który potrafił z taką bezczelnością odnosić się do ludzi wokół. Podobało mu się to, bo lubił potem podejść i skraść dla siebie całą jego łagodność, sympatię i ciepło. I było to równie próżne z jego strony - wypełniał tym swoją potrzebę poczucia, że nawet ktoś taki jak on może być wyjątkowy. Ta nakręcająca się karuzela sprawiała, że Philip był jedną z niewielu osób, z którą miał dobry kontakt również po tym, gdy już emigrował z jego objęć nad ranem bez obietnicy zaznania słodkości wschodu słońca, żeby potem przeżyć wspólnie dzień. Nawet o tym nie marzył.
Uwielbiał te dołeczki w policzkach i to, jak rozbrojony ten mężczyzna stawał się pod jego dotykiem. Jak tu mógł mieć go dość? Nie miał. Nie sądził, żeby przez najbliższy czas mógłby się tym znudzić. Za każdym razem nachodziła go ta sama ekscytacja z myślą o kolejnych doznaniach. A przecież Laurent miał bardzo bogatą wyobraźnię. Mógłby gładzić jego twarz godzinami tylko po to, żeby się uśmiechał, tak lekko i szczerze jak robił to teraz. Nie tak, jak pokazywał się przed wszystkimi na salonach. Laurent w tych chwilach żył z Philipem w szklanej bańce, która nie miała prawa pęknąć. Musiała zostać skryta przed oczami wszystkich, żeby nikt niczego nie szepnął, nie zdradził, by te chwile mogły pozostać tak samo magiczne, jakimi były. Nasz mały sekret.
- Nie? - Spojrzał za swoje ramię na sypialnię, zginając nogi w kolanach. Albo raczej same się zgięły, bo zamachał nimi jak szczęśliwy dzieciak w reakcji na rumieniec, jaki pojawił się na przystojnej twarzy kochanka. Oczywiście zdziwienie w jego pytaniu było udawane. Zaraz zresztą spojrzeniem wrócił do jego oczu i cicho zaśmiał słysząc jego słowa. Och, jaka słodycz... Philip potrafił być przekochany. I jak chyba nikt inny sprawiał, że Laurent nabierał trochę pewności siebie. Bo wierzył w to, co mówił. Jednak potem wyganiał go dzień z jego sypialni i znów z żalem spoglądał w lustro. W swoje odbicie, które wiedział, że wielu się podoba, a dla niego wciąż było niedostatecznie dobrze. - W tym celu musiałbyś się ze mnie wyplątać, albo zabrać mnie ze sobą. - Naiwne myślenie, że go tak szybko stąd wypuści, ha! Chociaż kusiło go sprawdzenie, czy rzeczywiście Philip by to zrobił... ale miał wrażenie, że tak. Że wystarczyło poprosić i naprawdę by to zrobił. Zamiast tego jednak oparł się o jego klatkę piersiową, by spojrzeć na niego z góry. Tak na potwierdzenie tych żartobliwych słów, że tak łatwo go nie puści. - Kiedyś ja cię zabiorę. Na Aetonanie, albo pięknym abraksanie, którego przygotuję tylko dla ciebie. Na podróż poza Doliną Godryka, przy brzegu morza i po dziewiczych lasach. Będziesz mógł uciec tam, gdzie nikt nie będzie na ciebie patrzył i gdzie będziesz mógł się szczerze uśmiechać. Gdzie będziemy mogli się kochać na zielonej trawie i przy szumie drzew i szepcie morza. - Tak, Laurent był romantykiem i marzycielem. Tylko się tym nie dzielił. Przynajmniej nie z większością ludzi. Ale miał poczucie, że Philip to wręcz lubił. Może dlatego, że było takim przecięciem od jego intensywnej, ciężko przykutej do gleby rzeczywistości? Przede wszystkim Laurent nie mieszał swojego marzycielstwa z realiami. Bo bardzo dobrze kalkulował i świetnie potrafił sobie radzić w interesach. Ale ten sen, to marzenie... wiedział, że ten konkretny sen mógł połączyć z rzeczywistością. Że to był sen, który mógł spełnić.