Właśnie dlatego tak lubiła książki i zaszywać się w bibliotece, ale ciszy własnego domu czy pokoju. Gdy czytała, albo coś notowała – nikt nie wymagał, że będzie się uśmiechała. To samo tyczyło się pracy, albo tego, jak zamykała się w pracowni ojca przy kociołkach wypełnionych bulgoczącym płynem – tam wymagano skupienia, nie fałszywego uśmiechu. Mogła być kim chciała i jak chciała. Ale Victoria prócz tego wcale nie uśmiechała się jakoś często, swe emocje i nastroje chowając za płaszczem oklumencji. Czy wtedy ktoś wymagał od niej uśmiechów? Potrafiła być nieprzeniknioną maską, chłodem nocy, skoro ludzie mieli ją za taką zimną i zdystansowaną. A Victoria po prostu obserwowała i analizowała, niekoniecznie miała coś złego na myśli. Ale sama nie wiedziała czego teraz spodziewać się po ludziach… więc się wycofała. Wolała ochłonąć, obserwować, czekać na rozwój sytuacji. Wyciągać wnioski po cichu.
- Biorąc po uwagę mój zawód… Nikt się chyba nie spodziewa takiego piszczenia ode mnie – uśmiechnęła się nieznacznie. - Może od razu uznaliby, że jest nieprawdziwe – albo, że nieprawdziwe jest jej sprzeciwianie się, skoro nie mogła inaczej. Tak czy siak można było ją brać różnie i z dwóch stron miała wymówkę… Nie zamierzała jej jednak w tej chwili stosować. Nie wyglądało na to, by ktoś się tą dwójką i tak interesował; każdy był zajęty w swoim gronie, a raczej nic dziwnego, że znaleźli swoje towarzystwo, łatwiej było się porozumieć z rówieśnikiem. - Jeśli najbliższy tydzień nie będzie kluczowy to pewnie miesiąc… albo kilka – a na pewno będzie to czas wystarczający, by jakoś się odnaleźć w rzeczywistości. Zobaczyć, czy były to słowa rzucone na wiatr, czy jednak ludziom odbije. Laurentowi zaś nie mogła odmówić tego, że był dobrym obserwatorem, celnym strzelcem, nie musiała mu chyba mówić, że w takim wypadku na ten czas zaleca cierpliwość, ostrożność i obserwację otoczenia. To jedno się od czasu szkoły nie zmieniło: był bystry. Co zaś się zmieniło to to, że ją zaintrygował. - Jakiż to więc owoc? – wiele wyglądało też smakowicie, a smakowało jak papier, to zresztą powiedział sam, choć nie tymi samymi słowami. Zasugerował jednak, że ona czymś takim nie jest. Pomiędzy słowami wyczytała, że dawał jej do zrozumienia, że go zaskoczyła i nie tego się spodziewał, gdy poszedł pomóc w wyborze wina. Ona też się zdziwiła, nie zakładała, że dzisiaj w ogóle będzie z nim rozmawiać, ani w ogóle, że będą prowadzić dość… poważną rozmowę o Voldemorcie. I że przy okazji zaczną ten dość niespodziewany flirt. Niespodziewany, ale jakże miły. Z zaskoczeniem odkryła też, że był chciany.
Skorzystała z podstawionego ramienia, kiedy dość niespiesznie przeszli przez salę.
- I dokąd te kroczki będą prowadzić? – zapytała, kiedy tak szli, najpierw do tegoż stolika, później… mogli iść gdziekolwiek indziej. - Nigdy nie byłam dobra w podążaniu za tłumem – a to była akurat prawda. Laurent, zdaje się, miał na tym polu inne doświadczenia, bo temu tłumowi starał się w szkole przypodobać. Jak ten wąż o kolorowych łuskach. Prawdą jednak było, że szło mu całkiem dobrze, bo Victoria nie wydawała się już taka spięta. Może to była też zasługa wina, które pomalutku sobie popijała, a może właśnie towarzystwa i tego miodu, który się sączył… Ale choć temat Voldemorta gdzieś tam majaczył, to teraz zszedł na dalszy plan. Przeszedł ją przyjemny dreszcz, kiedy musnął kosmyk jej włosów. Aż odwróciła głowę, by przeciągle na Laurenta spojrzeć, w zamyśleniu. - Podobno ogród zimowy pani Slughorn jest bardzo widowiskowy – odparła po chwili, uśmiechając się nieznacznie.