21.08.2023, 21:42 ✶
Nie chciał ani urazić brata, ani nudzić przyjaciela. Typ, który z nimi szedł, zupełnie Antka nie obchodził, ten był zbyt pochłonięty rozmyślaniem o pięknej, niestety zapłakanej Fawleyównie. Błyszczące oczy młodzieńca spojrzały na Samuela z delikatnym wyrzutem, a brwi powędrowały mu ku górze. Co miał niby na myśli z tym że wybranka jego serca jest osobliwa? Przeciętnej i nudnej by przecież nie wybrał, poniekąd też dla niej trwał w swoich postanowieniach, żyjąc zgodnie z prawem i nie brudząc sobie rąk.
- Marianne jest cudowna. Zyskuje przy bliższym poznaniu, zapewniam Cię. - zaczął uparcie, tonem, który z pewnością sprzeciw by źle zniósł. Spojrzał też na Laurenta, który myślami był zupełnie gdzie inaczej, poza problemami miłości, raczej przy sakiewkach. - No to trzeba je zarobić, uczciwą pracą. Nie podobają mi się wasze miny Panowie, nie spotka nas szczęście na loterii. Chociaż ostatnio puściłem kupon i wygrałem całe pięć funtów!
Pochwalił się ze skromnym wzruszeniem ramion, idąc dalej korytarzem. Do kajuty już nie było daleko, w głowie układał sobie wszystko to, co miał do powiedzenia swojej — miał nadzieję — przyszłej Pannie Młodej. Był już w odpowiednim wieku. Gdy stanęli przed drzwiami, było dziwnie cicho. Zaniepokoił się, przystawiając ucho.
- O Boże, może zasnęła z rozpaczy takiej mocnej? - przetarł dłonią czoło przejęty, zupełnie ignorując atrakcje świetlne, kolejny raz ucho przystawiając do drzwi. Były dość cienkie, więc przynajmniej miał pewność, że Marianne nie chrapała. Przed oczami zatańczyła mu scena z oświadczyn, niewiele brakowało, żeby James wyłapał w zęby lub przynajmniej w środek czoła Antkowym pantoflem.
- Kwiaty i czekoladki będą musiały zaczekać, ale jak uda mi się z nią spotkać, załatwię to wieczorem. - wyjaśnił Laurentowi, przez chwilę spoglądając mu w oczy. Poprawił koszulę i szelki, włosy, chrząknął, uniósł dłoń. W najgorszym wypadku ją obudzi, ale to również będzie świadczyło o jego trosce i zaangażowaniu. Zastukał więc głośno i wyraźnie. - Marianne? To ja, Anthony! Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Zakomunikował dość głośno, tak, że pewnie słyszałby go prawie każdy w korytarzu. Odsunął knykcie od drewna, ale nie odsunął się wcale, nasłuchując, czy wewnątrz kabiny coś się poruszyło.
- Może zemdlała? Panie Pemberton, jest Pan tutaj pracownikiem, tak? Nie powinien Pan zawiadomić pokładowego lekarza? Co, jeśli zasłabła i potrzebuje pomocy? Nie możemy ot tak wejść do pokoju damy. - zwrócił się do mężczyzny, opierając dłoń na biodrze, o które palce stuknęły nerwowo. Skurwiały James, no naprawdę miał tupet, tak się wobec słodkiej Fawley zachować. Poczuł, jak czerwienią mu się ze złości policzki, przystąpił z nogi na nogę, a potem spojrzał na brata i Laurenta. - Czy ja powinienem iść mu wpierdolić, a jego Pannie powiedzieć, jaka to szuja? - zapytał szeptem, tak, aby tylko oni usłyszeli. Gdyby drzwi się otwierały, zamilkły.
- Marianne jest cudowna. Zyskuje przy bliższym poznaniu, zapewniam Cię. - zaczął uparcie, tonem, który z pewnością sprzeciw by źle zniósł. Spojrzał też na Laurenta, który myślami był zupełnie gdzie inaczej, poza problemami miłości, raczej przy sakiewkach. - No to trzeba je zarobić, uczciwą pracą. Nie podobają mi się wasze miny Panowie, nie spotka nas szczęście na loterii. Chociaż ostatnio puściłem kupon i wygrałem całe pięć funtów!
Pochwalił się ze skromnym wzruszeniem ramion, idąc dalej korytarzem. Do kajuty już nie było daleko, w głowie układał sobie wszystko to, co miał do powiedzenia swojej — miał nadzieję — przyszłej Pannie Młodej. Był już w odpowiednim wieku. Gdy stanęli przed drzwiami, było dziwnie cicho. Zaniepokoił się, przystawiając ucho.
- O Boże, może zasnęła z rozpaczy takiej mocnej? - przetarł dłonią czoło przejęty, zupełnie ignorując atrakcje świetlne, kolejny raz ucho przystawiając do drzwi. Były dość cienkie, więc przynajmniej miał pewność, że Marianne nie chrapała. Przed oczami zatańczyła mu scena z oświadczyn, niewiele brakowało, żeby James wyłapał w zęby lub przynajmniej w środek czoła Antkowym pantoflem.
- Kwiaty i czekoladki będą musiały zaczekać, ale jak uda mi się z nią spotkać, załatwię to wieczorem. - wyjaśnił Laurentowi, przez chwilę spoglądając mu w oczy. Poprawił koszulę i szelki, włosy, chrząknął, uniósł dłoń. W najgorszym wypadku ją obudzi, ale to również będzie świadczyło o jego trosce i zaangażowaniu. Zastukał więc głośno i wyraźnie. - Marianne? To ja, Anthony! Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Zakomunikował dość głośno, tak, że pewnie słyszałby go prawie każdy w korytarzu. Odsunął knykcie od drewna, ale nie odsunął się wcale, nasłuchując, czy wewnątrz kabiny coś się poruszyło.
- Może zemdlała? Panie Pemberton, jest Pan tutaj pracownikiem, tak? Nie powinien Pan zawiadomić pokładowego lekarza? Co, jeśli zasłabła i potrzebuje pomocy? Nie możemy ot tak wejść do pokoju damy. - zwrócił się do mężczyzny, opierając dłoń na biodrze, o które palce stuknęły nerwowo. Skurwiały James, no naprawdę miał tupet, tak się wobec słodkiej Fawley zachować. Poczuł, jak czerwienią mu się ze złości policzki, przystąpił z nogi na nogę, a potem spojrzał na brata i Laurenta. - Czy ja powinienem iść mu wpierdolić, a jego Pannie powiedzieć, jaka to szuja? - zapytał szeptem, tak, aby tylko oni usłyszeli. Gdyby drzwi się otwierały, zamilkły.