Był więc w mniejszości. Chłód i dystans, jakie sobą prezentowała na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka (zupełnie niecelowe) odrzucało wielu potencjalnie zainteresowanych mężczyzn, ale nie Laurenta. Może to taka nagroda dla wytrwałych? Z Victorii nie była żadna femme fatale i wcale niecelowo zniechęcała do siebie innych. Chyba… Taki był po prostu jej urok. Niedostrzegalny dla innych z daleka, ale promieniujący dla tych trochę bardziej upartych. Albo tych, którzy mieli to szczęście dostrzec przebłysk światła w niemal nieprzeniknionej masce spokoju. Trudo powiedzieć co dostrzegł Prewett, że złapał się tego, skupił na tym wzrok, ale w jego oczach – promieniała. I zupełnie panna Lestrange sobie z tego nie zdawała sprawy; nie robiła nic nadzwyczajnego, była po prostu sobą… Jedyne co było inne, to dostrzegła flirt i nań odpowiedziała. Bo miała ochotę odpowiedzieć, bo Laurent okazał się całkiem przyjemny nie tylko do zawiszenia oka… a przecież było na czym się zawiesić. Nie była osobą, która ot tak szepcze te słodkie słówka. Nie to, że by nie chciała – ot nie przychodziło jej to do głowy, nie tak na zawołanie, nie teraz, nie czarowała słowami w taki sposób. Jej urok leżał gdzieś indziej. Uśmiechała się – nie szeroko jak potrafili niektórzy, jej uśmiechy były drobne, bił z nich jakiś taki… chłód na pewien sposób. Może dlatego, że nie były to uśmiechy od ucha do ucha, a takie malutkie wygięcia ust? Nie była wylewna – to dobre określenie. Ale nie dlatego, że jej się nie podobało co robił czy mówił Laurent. Po prostu… taka już była.
Miał rację – całkiem straciła zainteresowanie tematem związanym z Voldemortem. Nie to, że straciła czujność, po prostu… co innego przykuło jej uwagę. Może właśnie tego tu szukała? Tak jak Laurent pomógł jej dokonać decyzji w sprawie wina, tak okazało się, że był też odpowiedzią na to, co zrobić, by choć na chwilę się rozluźnić? Skupić uwagę na czym innym niż praca? Kimś innym? Jedna osoba, tyle odpowiedzi – Victoria uświadomiła to sobie nagle, ale te oczywistości rozsypane były w jej głowie niczym gwiazdy, które właśnie łączyła w konstelacje i realizacja nie okazała się chluśnięciem zimną wodą w twarz. Była delikatnym uśmiechem na ustach.
- Chcę wiedzieć co myślisz – powiedziała mu w odpowiedzi. Nie było to oczywiste, a Victoria nie wahała się mówić wprost, pokazując tym samym swoje zainteresowanie. Nie mówiła kwieciście, nie szeptała na ucho tak pięknie jak on – ale na swój sposób przekazywała swoją uwagę. - Pitaja – zrozumiała co do niej mówił, bo naprawdę rośliny ją interesowały. Wszelakie. Księżycowy kwiat – tak czasami nazywano tę roślinę. Rzeczywiście – w ten sposób mógł ją czarować, tym bardziej, że mężczyźni raczej słabo się na kwiatach wyznawali. - Nie sądziłam, że to z tym masz skojarzenia – że ona mu się tak kojarzyła, bo zrozumiała sugestię, że chodzi o nią. Laurent zręcznie lawirował pomiędzy słowami i rzucał w ten sposób swój urok. Miał to przećwiczone, wiedział co mówić, jak mówić… Przez moment zastanawiała się czy gdy tak robił, to zawsze szczerze, czy jednak niekoniecznie, by tylko dostać co chce? Czy dzisiaj był szczery? - Osobliwie. Niewielu mężczyzn wybrałoby taki przykład. Znają róże, tulipany, goździki, czasami lilie. Ale księżycowy kwiat? Zaczynasz mi imponować – przyznała całkiem szczerze. - Mówisz o bursztynie, w którym na zawsze zamknięty jest jakiś owad, by przez wieki można było podziwiać jego piękno? – odrobinę się z nim teraz droczyła. - Czy o pięknym kamieniu zdobiącym szyje równie pięknych pań? A może wspaniałym składniku eliksirów? – bursztyn, „kamień, który nie płonie” – Victoria też była takim kamieniem, całkiem dosłownie. Lecz jej dusza była ogniem, może dlatego była nań odporna? - Żartuję sobie, nie myśl, że sobie kpię – domyślała się, że nie do końca o to chodziło Laurentowi, gdy tak rzucał metaforami. Ale uśmiechnęła się, nawet oczu ten uśmiech dosięgnął, kiedy powiedział, że piękniejszego widoku nie znajdzie.
- Naprawdę tak uważasz? – zapytała go po chwili, kiedy znowu zaproponował jej ramię, a ona je przyjęła. Tak, zauważyła jego wcześniejsze zawahanie – może dobrze, że nastąpiło, kiedy byli jeszcze w sali i cokolwiek chciał zrobić – mogło to przynieść niepotrzebną uwagę. Ich wyjście do ogrodu przykuwało jej znacznie mniej. - Podobam ci się? - zapytała wprost.