22.08.2023, 17:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2023, 17:02 przez Florence Bulstrode.)
Florence prywatne wizyty składała bardzo, bardzo rzadko. Zazwyczaj w trzech wypadkach – ktoś był jej bliski, przypadek był bardzo poważny i interwencja musiała być natychmiastowa, coś ją wybitnie zainteresowało. Zdarzało się więc to najwyżej raz na parę tygodni.
Za ściągnięcie jej tutaj bez poważnych powodów Nott mógł więc spodziewać się bajońskiej sumy na rachunku, bo Florence zamierzała z niego zedrzeć bez choćby wyrzutów sumienia. Swój czas uważała za bardzo cenny i wolała poświęcić go czemuś innemu niż wpadaniu do znanego zawodnika quidditcha, który akurat miał fantazję przemalować się na niebiesko.
Płomienie w kominku zmieniły barwę i wprost z ognia wyłoniła się Florence. Uzdrowicielka, odziana w szatę – ciemną, zwykłą, nie z Munga, bo główny dyżur właśnie skończyła, stąd ordynator poprosił, by zajęła się tym przypadkiem, za to idealnie czystą, ani trochę nie wygniecioną i idealnie pasującą do butów oraz torebki – wkroczyła do pomieszczenia. Kasztanowe włosy miała związane w bardzo ciasny kok, blada, piegowata twarz, niewiele wyrażała. Spojrzenie jasnych oczu przesunęło się po wnętrzu, jakby je oceniała, a potem zatrzymało się na niebieskim Philipie. Zmierzyła go obojętnym wzrokiem od stóp do głów: chwilę dłużej przypatrywała się rękom, bo zazwyczaj w wypadku trwałego przekleństwa tego typu, właśnie dłonie były źródłem.
Tak, wiedziała, że pacjent był sławny. I nic ją to nie obchodziło. Był pacjentem. I tyle. Specjalnymi przywilejami wśród pacjentów cieszyli się tylko ci, którzy byli jej najbliższymi przyjaciółmi lub bliskimi krewnymi.
Może dlatego szef oddziału uparł się, by zlecenie wzięła właśnie ona.
- Prześliczny przypadek klątwy rzuconej na skórę. Przenosi się przez dotyk. Czyżby kładł pan ręce gdzieś, gdzie nie powinny trafić, panie Nott? – powiedziała, uprzejmym tonem, kontrastującym z wypowiadanymi słowami. – Florence Bulstrode. Klątwołamaczka z Munga. Proszę niczego nie dotykać, niektóre rodzaje tej klątwy rozprzestrzeniają się dalej. W jakich okolicznościach pojawiły się objawy? – zapytała, od razu przechodząc do rzeczy, by nie lubiła marnować czasu, zwłaszcza swojego, a na dziś miała jeszcze plany. Wydobyła różdżkę i jej torebka zawisła w powietrzu, a potem się otworzyła. W środku na całe szczęście Florence miała odpowiednie kadzidło, które powinno pomóc w złamaniu tego przekleństwa.
Za ściągnięcie jej tutaj bez poważnych powodów Nott mógł więc spodziewać się bajońskiej sumy na rachunku, bo Florence zamierzała z niego zedrzeć bez choćby wyrzutów sumienia. Swój czas uważała za bardzo cenny i wolała poświęcić go czemuś innemu niż wpadaniu do znanego zawodnika quidditcha, który akurat miał fantazję przemalować się na niebiesko.
Płomienie w kominku zmieniły barwę i wprost z ognia wyłoniła się Florence. Uzdrowicielka, odziana w szatę – ciemną, zwykłą, nie z Munga, bo główny dyżur właśnie skończyła, stąd ordynator poprosił, by zajęła się tym przypadkiem, za to idealnie czystą, ani trochę nie wygniecioną i idealnie pasującą do butów oraz torebki – wkroczyła do pomieszczenia. Kasztanowe włosy miała związane w bardzo ciasny kok, blada, piegowata twarz, niewiele wyrażała. Spojrzenie jasnych oczu przesunęło się po wnętrzu, jakby je oceniała, a potem zatrzymało się na niebieskim Philipie. Zmierzyła go obojętnym wzrokiem od stóp do głów: chwilę dłużej przypatrywała się rękom, bo zazwyczaj w wypadku trwałego przekleństwa tego typu, właśnie dłonie były źródłem.
Tak, wiedziała, że pacjent był sławny. I nic ją to nie obchodziło. Był pacjentem. I tyle. Specjalnymi przywilejami wśród pacjentów cieszyli się tylko ci, którzy byli jej najbliższymi przyjaciółmi lub bliskimi krewnymi.
Może dlatego szef oddziału uparł się, by zlecenie wzięła właśnie ona.
- Prześliczny przypadek klątwy rzuconej na skórę. Przenosi się przez dotyk. Czyżby kładł pan ręce gdzieś, gdzie nie powinny trafić, panie Nott? – powiedziała, uprzejmym tonem, kontrastującym z wypowiadanymi słowami. – Florence Bulstrode. Klątwołamaczka z Munga. Proszę niczego nie dotykać, niektóre rodzaje tej klątwy rozprzestrzeniają się dalej. W jakich okolicznościach pojawiły się objawy? – zapytała, od razu przechodząc do rzeczy, by nie lubiła marnować czasu, zwłaszcza swojego, a na dziś miała jeszcze plany. Wydobyła różdżkę i jej torebka zawisła w powietrzu, a potem się otworzyła. W środku na całe szczęście Florence miała odpowiednie kadzidło, które powinno pomóc w złamaniu tego przekleństwa.