Dobrze mu się wydawało. Nie miała czasu na burzliwe romanse, kariera sama się przecież nie zrobi, a praca w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów nie była tą spokojną, od ósmej do szesnastej; trzeba było być gotowym na nadgodziny i dziwaczne godziny pracy i dyżurów. To skutecznie wpływało na życie towarzyskie, czy raczej jego bujność, bo jednak Victoria starała się w miarę możliwości na te przyjęcia chodzić. Ale brak czasu nie był tu jedynym wyznacznikiem – zwyczajnie niełatwo było ją zainteresować. A skoro brak było zainteresowania, to… niezbyt się bawiła w odkrywanie i smakowanie, ani w danie się poznać. Faktycznie miała zawyżone standardy. A Laurent prze dzisiejszy wieczór już trochę tych punktów sobie nazbierał w rozmowie z nią, mógł więc swoje poczucie wartości spokojnie podnieść, o ile miało to dla niego znaczenie. Victoria rzeczywiście ważyła słowa, by nie została źle odebrana, biorąc poprawkę na to, że w pierwszej kolejności kierowała się logiką, poczucie humoru miała raczej kiepskawe, a i mogła coś zaintonować nie tak jak trzeba i zepsuć nastrój. Nie chciała go psuć.
- Nie zepsuję ci przyjemności z odkrywania tego na własną rękę – padło w odpowiedzi; była zupełnie niezrażona i niespeszona, jej oczy mówiły, że dobrze się bawi – to chyba te rozbawione iskierki tańczące na brązowych tęczówkach, lekko zmrużone oczy. To spojrzenie było psotne, ale i ciepłe. Rzeczywiście było otwarte – bo i jak mogłoby być inaczej po takiej odpowiedzi? Zaczepnej. Nie podającej wszystkiego na srebrzonej tacy i absolutnie nie trzaskającej żadnymi drzwiami.
- Kiepska jestem w poezji – przyznała. - Mogłabym tego odpowiednio nie docenić – znaczyło to ni mniej ni więcej, że nie musiał żadnych poematów układać, bo nie było to żadną miarą oczekiwane. To, co robił, było wystarczające. Wyczekiwane – dokładnie tak, jak chciał. Sama raczej nie chciałaby, by jej życie prywatne i wybory wypłynęły na języki ludzi, taki rozgłos był jej zupełnie niepotrzebny i mógłby skierować na nią uwagę rodziny, której pod tym względem nie chciała. Wyjście zrobili za to iście gładkie to fakt. Pokręcili się po sali przy stołach, gładko i niespiesznie przesuwając do wyjścia A tu, w ogrodzie, też trochę się przespacerowali, zupełnie niewinnie.
Zupełnie zaś winnie, jeśli tylko chcieli, mogli się stąd zupełnie ulotnić – rzeczywiście wątpliwe, by ktokolwiek zwrócił na nich uwagę. Towarzystwo i tak było już niemało rozluźnione – dzisiejszego wieczoru większość pozwalała sobie na więcej alkoholu niż zwykle. Taki przyszedł czas – i kogóż tu winić? Victoria też stała się tego ofiarą, nie alkoholu (choć ten krążył po jej żyłach), a napięcia i nerwów. Czy Lestrange by się zawiodła? Bardzo wątpiła. Na początku nie miała względem jego osoby żadnych oczekiwań i miło ją zaskoczył. Jakoś jej się nie wydawała, by mógł spaść w jej oczach poniżej punktu wyjścia.
Westchnęła cicho, kiedy jego dłoń zacisnęła się na biodrze, a później na udzie – tym osłoniętym długim materiałem sukni, czy tym odkrytym przez długie rozcięcie? Nie przymknęła oczu, raczej otworzyła je szerzej, kiedy znowu poczuła elektryzujący dotyk na swojej skórze – tym razem pleców. Z pozycji, jaką Laurent teraz przybrał, miał całkiem dobry widok na ten głęboki dekolt sukni… I zupełnie o tym teraz nie myślała. Przestała też myśleć o tym, czy jego intencje i słowa były szczere, czy nie.
- Tak, poproszę – odszepnęła, chociaż jej dłonie pobłądziły, niby to niechcący, na poły jego jasnego garnituru. Pozornie niechcący, bo po prostu złapała materiał delikatnie, by pociągnąć go do siebie, w niemej sugestii, by zrobił to, na co miał taką ochotę, a co widziała w jego oczach. To pragnienie do skosztowania jej ust – pociągniętych szminką, gdzieś tam smakujących cieniem wina, które jeszcze niedawno piła. Miała to samo pragnienie.