Modlić się? W takiej chwili, w takim miejscu? Nie lepiej, gdyby poszedł odmawiać modlitwę do swojej kajuty, albo kapliczki, albo… To nie był moment na siedzenie na podłogę i mamrotanie próśb do Boga. Nie, kiedy przed momentem słyszeli wrzaski o kradzieży… Ale też kazała klękać i przepraszać Najwyższego – i Victoria czuła się tym wszystkim zdegustowana. Dlaczego ludzie tacy byli? Pod przykrywką bogobojności ukrywali swoje paskudne charaktery, swoje wady, okropne skazy. Jak jej hrabina (Nie. Nie jej. Nie wrócę do niej), jak pani Stirling. Widziała tę kobietę czasami. Kojarzyła ją – ale nie wiedziała o niej specjalnie dużo, interakcje miały minimalne, głównie ze względu na to, gdzie dotychczas pracowała Stone (a może podjęła decyzję pochopnie? Pod wpływem chwili? Może powinna wytrzymać do końca rejsu i wtedy odejść i nigdy nie wrócić…? – Nie. Mam dość tego ciągłego poniżania. I j-e-g-o).
Victoria w milczeniu lustrowała scenę. W tej ciszy układała własne rozpierzchłe myśli, łapała poziom po rozedrganiu (dłoń na szczęście przestała się jej tak trząść z nerwów) i w końcu – próbowała zrozumieć co tutaj się działo. Co takiego próbował ukraść ten młody chłopak z cholernej pralni, że to paskudne babsko się na niego wydarło, a sądząc po napuchłym policzku i krwi na wardze – dostał w twarz. Mocno.
Chyba jednak trochę zbyt mocno.
Sprzątaczka… albo praczka – nie była pewna, kim na statku była Geraldine, kobieta, która tutaj przybiegła przed nią – podeszła do chłopca, i Victoria temu też nie przeszkodziła. Wolała się zorientować z grubsza, niż pochopnie wydać jakiś osąd. Ale biorąc pod uwagę, jak tamta kobieta nagle zaczęła się przymilać… Poczuła wstręt. Od razu przypomniał jej się pijany synalek hrabiny i zacisnęła mimowolnie dłoń.
- Skoro nic nie zginęło, to po co ten wrzask – odezwała się w końcu. - Ma pani ciężką rękę jak na to, że nic się nie stało – mówiła spokojnie, a przynajmniej starała się… Emocje sprzed kilku minut nadal się jednak nie wyciszyły.