22.08.2023, 20:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2023, 21:13 przez Desmond Malfoy.)
„Szalenie przydatna umiejętność” - te słowa niewątpliwie sprawiły mu przyjemność, ale nijak tego nie okazał, przytłoczony ogromem nowych bodźców. Proces teleportacji faktycznie przebiegł niemal doskonale, żadnych turbulencji, żadnego migotania, żadnych mdłości, ani konfuzji błędnika. Mrużył oczy, starając się wytrzymać nagłe uderzenie ostrego światła. Jakkolwiek przyjemny był chłód bryzy, tęsknił za półmrokiem salonu Oleandra. Tęsknił też za jego delikatnym, znajomym zapachem - słonawa woń oceanu, odór świeżych i smażonych ryb oraz kalejdoskop mieszających się ze sobą perfum otaczających go ludzi w pierwszej chwili sążnie go przygniotły, osaczyły niemal. Nie było jednak ucieczki. Zgodził się na tę wycieczkę już miesiąc wcześniej, specjalnie wziął aż trzy dni urlopu.
Westchnąwszy ciężko, spróbował odciągnąć swoją uwagę od wszelkich niedogodności. Zaczął, z lekkim rozbawieniem, obserwować, jak Oleander bawi się swoimi pomarańczowymi okularami. Podnosił je i opuszczał, jakby uczył się nakładać na siebie kolory i z pewnym zaskoczeniem podziwiał odcienie brązu, zieleni i burego fioletu, które udało mu się uzyskać. Być może jeszcze kiedyś obudzi się w nim miłość do malarstwa. Gdybał chwilę o tym, jak wyglądałyby obrazy przyjaciela. Zapewne byłyby pełne krzykliwych kolorów, pełnych boleśnie ostrych kształtów i śmiałej zabawy z perspektywą; chciałby to zobaczyć.
Gdy wodził wzrokiem po horyzoncie, mogło się zadawać, że wcale nie słuchał tego, co Oleander do niego mówił. Ale słuchał.
- Jest. Tłoczno. Zapewne przez obecność osób których nie powinno tu być. - Mało dyskretnie spojrzał po stojących w kolejce czarodziejach, skupiając się szczególnie na tych twarzach, których nie kojarzył. Musieli nie być czystej krwi. Kundle.
Poprawił kołnierzyk swojego błękitnego polo, starając się nie krzywić przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru.
Z uprzejmym uśmiechem odebrał muszelkę, kątem oka patrząc na numer, który dostał Oleander - oba były nieparzyste, co znaczyło, że dostali pokoje obok siebie. Tylko cienka, drewniana ściana miała dzielić go od nocnych wojaży chłopaka. Miał nadzieję, że tym razem jego łowy nie okażą się przesadnie owocne.
- Przecież wiesz że nigdy nie czytam sekcji rozrywkowej - odparł, gdy Oleander zaczął pokazywać mu obecnych celebrytów. - Ale to prawda nadawałbyś się na. Listę panienek do wzięcia.
Przez temat tego śmiesznego artykułu przyszło mu na myśl pewne pytanie, ale nie zadał go teraz. Musiał przywitać się z Martinem i przywitał się z nim wzorowo, niepokojąco intensywne spojrzenie wbijając głęboko w jego oczy. Ah, więc to był ten dziwny kuzyn. Ścisnęło go w żołądku, kiedy pomyślał o tym, czy on sam też jest tym dziwnym kuzynem swojej rodziny.
Uśmiechnął się też do Pandory Prewett, która postanowiła przypomnieć teraz o swojej obecności. Widział w jej twarzy pewien pikantny element egzotyki, ale na szczęście zdołał nie rozproszyć się nim na tyle, żeby wysłuchać, co miała do powiedzenia.
- Bardzo dziękuję za pozdrowienia - rzekł, jakby faktycznie były dla niego. - Z niecierpliwością oczekuję na moje zaproszenie i życzę fortunnego startu.
W tłumie dostrzegł również Laurenta Prewett, którego całkiem dobrze pamiętał ze szkoły. Prędko odwrócił spojrzenie, nie zamierzał go zagadnąć. Zakochany w zwierzętach bękart.
Skupił się na wuju Oleandra, którego wejście okazało się całkiem spektakularne. Ogłaszał znane mu już wiadomości - w końcu nie zjawiłby się na rejsie bez potwierdzenia, że będzie w stanie wygodnie podróżować. Miał pewne standardy i pewne granice.
Gdy wchodzili do bawialni (gdzie oczywiście musiała grać muzyka, która tylko dokładała się do męczącego zgiełku), odezwał się do przyjaciela:
- Co do tych. Panienek - zaczął z trudem; dźwięk własnego głosu ginął mu w ogólnym szmerze rozmów. - Rodzice coś. Wspominali o żonie dla ciebie bo przydałaby ci się na pewno wyprostowałaby cię trochę.
Westchnąwszy ciężko, spróbował odciągnąć swoją uwagę od wszelkich niedogodności. Zaczął, z lekkim rozbawieniem, obserwować, jak Oleander bawi się swoimi pomarańczowymi okularami. Podnosił je i opuszczał, jakby uczył się nakładać na siebie kolory i z pewnym zaskoczeniem podziwiał odcienie brązu, zieleni i burego fioletu, które udało mu się uzyskać. Być może jeszcze kiedyś obudzi się w nim miłość do malarstwa. Gdybał chwilę o tym, jak wyglądałyby obrazy przyjaciela. Zapewne byłyby pełne krzykliwych kolorów, pełnych boleśnie ostrych kształtów i śmiałej zabawy z perspektywą; chciałby to zobaczyć.
Gdy wodził wzrokiem po horyzoncie, mogło się zadawać, że wcale nie słuchał tego, co Oleander do niego mówił. Ale słuchał.
- Jest. Tłoczno. Zapewne przez obecność osób których nie powinno tu być. - Mało dyskretnie spojrzał po stojących w kolejce czarodziejach, skupiając się szczególnie na tych twarzach, których nie kojarzył. Musieli nie być czystej krwi. Kundle.
Poprawił kołnierzyk swojego błękitnego polo, starając się nie krzywić przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru.
Z uprzejmym uśmiechem odebrał muszelkę, kątem oka patrząc na numer, który dostał Oleander - oba były nieparzyste, co znaczyło, że dostali pokoje obok siebie. Tylko cienka, drewniana ściana miała dzielić go od nocnych wojaży chłopaka. Miał nadzieję, że tym razem jego łowy nie okażą się przesadnie owocne.
- Przecież wiesz że nigdy nie czytam sekcji rozrywkowej - odparł, gdy Oleander zaczął pokazywać mu obecnych celebrytów. - Ale to prawda nadawałbyś się na. Listę panienek do wzięcia.
Przez temat tego śmiesznego artykułu przyszło mu na myśl pewne pytanie, ale nie zadał go teraz. Musiał przywitać się z Martinem i przywitał się z nim wzorowo, niepokojąco intensywne spojrzenie wbijając głęboko w jego oczy. Ah, więc to był ten dziwny kuzyn. Ścisnęło go w żołądku, kiedy pomyślał o tym, czy on sam też jest tym dziwnym kuzynem swojej rodziny.
Uśmiechnął się też do Pandory Prewett, która postanowiła przypomnieć teraz o swojej obecności. Widział w jej twarzy pewien pikantny element egzotyki, ale na szczęście zdołał nie rozproszyć się nim na tyle, żeby wysłuchać, co miała do powiedzenia.
- Bardzo dziękuję za pozdrowienia - rzekł, jakby faktycznie były dla niego. - Z niecierpliwością oczekuję na moje zaproszenie i życzę fortunnego startu.
W tłumie dostrzegł również Laurenta Prewett, którego całkiem dobrze pamiętał ze szkoły. Prędko odwrócił spojrzenie, nie zamierzał go zagadnąć. Zakochany w zwierzętach bękart.
Skupił się na wuju Oleandra, którego wejście okazało się całkiem spektakularne. Ogłaszał znane mu już wiadomości - w końcu nie zjawiłby się na rejsie bez potwierdzenia, że będzie w stanie wygodnie podróżować. Miał pewne standardy i pewne granice.
Gdy wchodzili do bawialni (gdzie oczywiście musiała grać muzyka, która tylko dokładała się do męczącego zgiełku), odezwał się do przyjaciela:
- Co do tych. Panienek - zaczął z trudem; dźwięk własnego głosu ginął mu w ogólnym szmerze rozmów. - Rodzice coś. Wspominali o żonie dla ciebie bo przydałaby ci się na pewno wyprostowałaby cię trochę.