Victoria nie wiedziała, czy ma się prędko zbierać i uciekać, czy może zostać; czy czar, jaki wzajemnie na siebie rzucili nie pryśnie wraz z pierwszymi promieniami słońca. O tej porze roku wschód był jednak późno, a Laurent wcale jej nie wyganiał. Nie spoglądał zniecierpliwiony na zegarek, a wręcz zatrzymywał ją w łóżku. Lestrange nie zamierzała zgadywać ani się domyślać, więc zapytała go wprost, czy ma zostać, czy wolałby, żeby… Nie wolał. Więc została, pozwalając sobie zatonąć w kolejnych pocałunkach i pieszczotach, oddając je, by nikt nie był tutaj stratny. Tak, dostała, czego chciała, czego potrzebowała, on dostał to, czego zapragnął, a czego wcale nie planował, kiedy do niej podszedł… Mogli się dalej starać po to, by to wspomnienie pozostało miłym, a nie czymś, o czym chciałoby się jak najprędzej zapomnieć, skoro zaspokoiło się swoje rządze. Starali się, bo mieli taką ochotę. Victoria niczego od Laurenta nie oczekiwała; nie spodziewała się żadnych miłosnych wyznań, żadnej burzy emocji i uczuć. Ale zainteresował ją na tyle, że po prostu była ciekawa jaką był teraz osobą. Co miał w głowie, skoro już ustalili, poniekąd, że to nie wygląd jest tym najważniejszym kryterium. Zawsze miała problem z zasypianiem. I kiedy Laurentowi się to udało, gdy się do niej przytulił, kiedy przestał gładzić jej włosy, ona po prostu się uśmiechała. I myślała. Nie nazbyt intensywnie, sama była zmęczona – długością i intensywnością dnia, napięciem, rozluźnieniem, winem… Sama gładziła jego gładką skórę, zanim udało jej się zmrużyć oczy. Szum morza ukołysał ją do snu.
Otworzyła oko, kiedy Laruent na palcach przeszedł przez sypialnię i cichutko zamknął drzwi i zaraz zasnęła znowu. A kiedy za jakiś czas przyszedł znowu, z zamiarem, by ją obudzić, otworzyła oczy jeszcze zanim zdążył ją dotknąć. Była zaspana – ale widać było, że musi być przyzwyczajona do nagłego budzenia się o przeróżnych porach i bycia przygotowaną do akcji. Przez krótką chwilę patrzyła na niego nieprzytomnie, nim podniosła się powoli, wciąż okryta kołdrą, i powędrowała spojrzeniem za ruchem jego dłoni i różdżki.
Morze nigdy jej nie wzywało. Ba… w swoich myślach truchlała, wyobrażając sobie, że mogłaby wpaść kiedyś do wody, która objęłaby ją i nie chciała już więcej wypuścić. Śmierć w ciszy i samotności, znikąd pomocy… Ale nie bała się wody ani pływać. Za to Prewett miał rację – to, co rozpościerało się za oknami na wschodzie, było prawdziwie piękne. Zamrugała kilka razy, chcąc zrzucić z siebie dotknięcia snu, nawet przetarła jedno oko… i uśmiechnęła się mimowolnie. Wzrok jej wyłagodniał.
Zaczynała sądzić, że Laurent miał słabość po postu do piękna. Do wzruszeń serca.
- Piękny widok – powiedziała, a głos miała nieco zachrypnięty po śnie. Odchrząknęła. - To chyba nieprzypadkowy wybór miejsca zamieszkania – stwierdziła i uśmiechnęła się do niego, na moment odwracając spojrzenie od okna. - Dzień dobry.