Gdyby tylko wiedział, że poruszenie tego tematu zadziała na Stelle jak czerwona płachta na byka, to pewnie by go odpuścił ale tak było już za późno. Nie oskarżał jej przecież o nic - może jednak trochę to robił ale odbierał to bardziej jako zirytowanie faktem, że nic mu o tym nie wspomniała przez ten cały czas, zupełnie jakby mu nie ufała, niż atak w jej kierunku. Jakby bała się, że to cokolwiek może zmienić bo przecież nie bardzo miała wpływ na to co odziedziczyła, a co nie. A Stanley chciał po prostu się upewnić, że jest tak, a nie inaczej - że nie został zmanipulowane i to co sądził o Avery do tej pory, było czystą, nie przekłamaną prawdą. O ile w sytuacji bez stresowej i bez zbędnych emocji, temat mógłby zostać zakopany pod dywan, tak teraz nie bardzo były na to szanse.
- Bo mi nie ufasz... - dodał jako swoje wytłumaczenie, wręcz dopowiedzenie do jej słów. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej się przekonywał do faktu, że tak właśnie jest. No bo skoro by ufała to raczej by wspomniała o tym dużo wcześniej, niż teraz, czyż nie?
No i się zaczęło. Z każdym kolejnym słowem, ta kula rosła i niebezpiecznie nabierała prędkości. Borgin miał wrażenie, że w pomieszczeniu robi się gorąco, jeżeli już nie było tutaj upału czy wrzątku, zwłaszcza po tym kiedy Stella podeszła bliżej, przekraczając 'bezpieczną' granice - Nie. Nie to chciałem usłyszeć i bardzo dobrze o tym wiesz - odparł, przymykając na moment oczy. Raz, dwa, trzy... Starał się uspokoić za wszelką cenę, nie chcąc stracić równowagi. Prawdę mówiąc oczekiwał po prostu krótkiego - 'nie' - Bo się upewniam? Bo chce wiedzieć, że to wszystko co do Ciebie czuje, nie jest żadną fikcją czy kłamstwem. Że nikt na mnie tego nie wymusił? - nabrał powietrza do płuc, całkowicie zapominając teraz o papierosie, którego trzymał w ręce.
Kiedy podniosła swój wzrok, nie omieszkał na nią spojrzeć. Przysiągłby, że widzi w nich tańczące ze złości ogniki, co wcale a, wcale nie było przyjemnym widokiem. Jego twarz była zmęczona, a oczy podkrążone. Nie było w nich nienawiści, a raczej irytacja i ból. Im dłużej się wpatrywał, tym bardziej czuł jak narasta w nim poddenerwowanie - zwłaszcza, że agresja budzi agresję.
- Widziałem nie raz, nie dwa. Dużo razy nasze drogi się przecinały. Pewnie dlatego, że może... Hmmm... Jest moim kuzynem? - odpowiedział spokojnie, na tyle na ile mógł, chociaż można było usłyszeć zalążek wkurwienia, które też mu się zaczęło udzielać. Rozłożył ręce jakby to co powiedział było oczywistością - Cokolwiek zrobić. Może użyć swojego daru? - zaproponował, zdając sobie sprawę, że najpewniej dorzucił tymi słowami do pieca. Nie było jednak przebacz, może bolało, może nie chcieli tego kontynuować ale musieli zakończyć ten temat tu i dzisiaj, wszak odkładanie go na później nie miało najmniejszego sensu.
Z tego nadmiaru emocji Avery chyba zapomniała, że Borgin w końcu był brygadzistą i wypytywanie ludzi należało do jednego z jego obowiązków. Fakt, mógł do tego podejść inaczej, niż utartymi i sprawdzonym taktyki, które bardziej brzmiały jak przesłuchanie niż rozmowa ale tego nie zrobił. Z drugiej strony nie przewidział, że to właśnie w ten sposób się rozwinie.
No i wtedy poleciał kieliszek. Mimo, że nie leciał w jego stronę to Stanley i tak się lekko uchylił na bok jakby to rzeczywiście miało go trafić. Miarka się przebrała, poczuł jak w nim coś pęka. Zdał sobie sprawę, że nie jest już w stanie trzymać emocji na wodzy, a zdenerwowanie sięgnęło zenitu - Kurwa, nie mam pojęcia?! Skąd mam to wiedzieć?! - eksplodował, unosząc głos - Teraz to ja już nic nie wiem. Prawie wczoraj zginąłem na tym pierdolonym sabacie i nadal pierwszą rzeczą, którą zrobiłem w wolnej chwili, było napisanie do Ciebie czy nic Ci nie jest! Ale masz rację, jestem pierdolonym idiotom, to właśnie ja. Stanley Andrew Borgin we własnej osobie - rzucił bez hamulców, a powieka mu zadrżała kilkukrotnie. Wyrzucił niedopalonego papierosa do prowizorycznej popielniczki, a następnie odszedł na kilka kroków, ponieważ potrzebował tej bezpiecznej przestrzeni aby go przypadkiem nie poniosło za bardzo - Tyle brakowało, a byśmy już nigdy ze sobą nie rozmawiali... Ale z tego co widzę to chyba by wyszło wszystkim na dobre. Czy może ten idiota się myli? - dopytał, pokazując za pomocą dwóch palców bardzo mały dystans, spoglądając po chwili w stronę okna.
Pokręcił głową na słowa Avery i ruszył w kierunku drzwi, zatrzymując się krok przed nimi - Wiesz, że wystarczy jedno, jedyne słowo, wyjdę stąd i już nigdy nie wrócę? Wystarczy, że to powiesz. Uwolnisz się ode mnie raz na zawsze. Na dobre - stwierdził lekko spokojniejszym głosem aby po chwili przenieść wzrok na twarz Stelli - Będzie mnie to bolało jak jakaś otwarta rana ale w końcu czas leczy rany. Pewnie przestanie jednego dnia... - dodał, czując jak narasta mu gul w gardle. Kciukiem przez plecy wskazał na znajdujące się za nim drzwi - Czy ten idiota ma sobie pójść? Czy usiądziemy i porozmawiamy na spokojnie? - zapytał, łapiąc za klamkę, czekając tym samym na werdykt.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972