Jej poranki też zwykle tak nie wyglądały, bo i nie szukała ujścia w cielesnych uniesieniach. Laurent miał rację, niewiele osób do siebie pod tym względem dopuszczała, ale to nie tak, że tego wieczoru i nocy zrobiła coś wbrew jakimś swoim przekonaniom, zupełnie nie. To też nie tak, że namawiał ją do czegoś, namówił, wykorzystał i miałaby teraz żałować – bo nie żałowała, nie czuła się wykorzystana, ani do czegokolwiek namówiona. Ot… stało się. Oboje tego chcieli i teraz od nich zależało jak to się dalej potoczy. Czy miała to być jednorazowa przygoda, po której będą udawać, że wcale się nie znają, czy jednak nie taka jednorazowa? A może pod tym względem jedna i jedyna, ale na przykład zawiążą jakąś znajomość? Albo jeszcze inna kombinacja? Victoria tego nie wiedziała, jedyne na co miała nadzieję to miłe wspomnienie. Wcale nie dlatego, że najmilsze są te najbardziej ulotne… najmilsze są te nie zepsute innym odczuciem, negatywniejszym.
Na moment zapanowała między nimi cisza, kiedy oboje wpatrywali się we wschodzące słońce, Laurent już zupełnie obudzony i Victoria, która dopiero dochodziła do siebie po przebudzeniu. Nawet mocno nie mrużyła oczu, kiedy wpatrywała się w okno. Odwróciła spojrzenie od słońca dopiero, kiedy Laurent ponownie przerwał ciszę i powiedział kim była jego matka. Była – to też nie uszło jej uwadze. Przyglądała mu się przez chwileczkę nim uśmiechnęła się, niemalże zupełnie niewinnie.
- To stąd te piękne oczy – stwierdziła po prostu i wyciągnęła dłoń, by delikatnie pogładzić go po policzku. Nie miało to dla niej znaczenia w tym sensie, że nie obchodziło ją, czy jest z prawego łoża czy owocem romansu, jakoś nie uważała by akurat w tym wypadku miało to większe znaczenie. Nie był mugolem ani mugolakiem, a i w tym nie była radykalna, jedynie miała swoje obawy poparte takim a nie innym doświadczeniem. Nie miało to dla niej znaczenia, sama nie była ani dziedzicem, ani z głównej linii rodu. Jasne, jej rodzina była wpływowa i to bardzo, sama dorastała w luksusach, miała pieniądze i pomnażała je, w końcu aurorzy naprawdę dużo zarabiali (nie była nim jeszcze, ale stażyści też nie mogli narzekać na pensję). - Już rozumiem – przyznała po chwili, ale wcale nie była pewna, czy Laurent teraz żartował z tym wbiegnięciem w fale, czy nie. Obserwowała go badawczo, co było widoczne w lekko przekrzywionej głowie. - Ciągnie cię do wody? – zapytała po prostu i uśmiechnęła się, znowu. Bardzo łagodnie zresztą.
- Wyspałam – jak na jej standardy i problemy z bezsennością. I na ile można się było po takiej nocy wyspać – wszak była wyjątkowo długa. - Nie jestem zbyt wybredna – zapewniła go, by nie martwił się zanadto, czy ona w ogóle coś zje, czy będzie jej smakować… kiedy tutaj z nim szła, to w ogóle nie myślała nad tym co będzie o poranku – a może właśnie powinna, wszak to wtedy wszystko mogło przyjąć prawdziwie gorzki smak. - Myślałam że już sobie daliśmy spokój z pannami, paniczami i tym podbnymi – dodała jeszcze, odrobinę ubawiona. Dopiero teraz zobaczyła jaki bałagan narobili, ale ten na szczęście szybko dało się sprzątnąć. - Och nie, śniadania do łóżka to żadna przyjemność – a przynajmniej jeśli lubiło się mieć wokół siebie porządek… a Victoria lubiła. Pewnie było to po niej widać, w jej wykalkulowanych ruchach, w jej schludnej aparycji… - Jestem raczej rannym ptaszkiem – a choć dzisiaj nie spała zbyt długo z wiadomego powodu, to była bardziej wyspana niż zwykle. To była też jej cicha sugestia na to, że jednak wyjdzie z tego łóżka za chwilę. I tak, chętnie skorzystałaby z łazienki. I tak właśnie zrobiła – wygramoliła się z łóżka i wzięła prysznic, chcąc się odświeżyć. Magia to był prawdziwy przyjaciel w takich chwilach, wszak miała ze sobą tylko te wyjściową suknię; wyczarowała więc szlafrok dla siebie, co by nie paradować tak, jak ją Matka stworzyła. Niby nie bardzo było co ukrywać, wszystko już przecież widział, ale sama nie lubiła takich bezczelnych gierek. Jeśli jakiś czar miał zadziałać, to na pewno nie w ten sposób. Mogła więc do niego dołączyć przy śniadaniu… o ile sam już nie zjadł.