Laurent rzadko przyjmował gości niespodziewanych. Niezapowiedziana wizyta musiała się liczyć z kilkoma czynnikami, takie jak to, że blondyn miał może nie tyle bardzo napięty grafik, co zdrowo poukładany, żeby mieć czas na spokojnie wszystko poukładać w pracy i też jednak znaleźć jakiś czas na sen. Chociaż akurat wiele osób mogłoby go oskarżyć o pracoholizm i nie byłoby wcale nietrafione. W każdym razie Laurent nie mógł zazwyczaj (nie chciał) rzucić tego, co robił, żeby zabawić kogoś, kto przyszedł tak o sobie. Mógł oczywiście klienta przekazać w dłonie swojego pracownika, który był jego prawą ręką - czarnoskórego Alexandra - ale to zakładając, że ktoś przyszedł ogólnie popatrzeć, zobaczyć, jakich rozrywek można tu zaznać czy jaki interes ubić. Miał swoje zobowiązania wobec osób umówionych i ich też rzucić nie mógł, bo ktoś coś chce. Nie zajmował się ludźmi małej wagi - stety czy niestety, jak wielkim marzycielem by Laurent nie był pieniądz i czysta krew rządziła tym światem. Że zaś czystokrwiści zazwyczaj robili największe pieniądze, to jego uwaga była zazwyczaj zajmowana ludźmi istotnymi. Trzeci czynnik był taki, że zwyczajnie mogło go nie być. Zdarzało mu się wyjeżdżać na terenie Anglii, rzadko poza nią, bo ktoś potrzebował, nie wiem, przeprowadzić zagrożony gatunek żabek, bo Ministerstwo machało rąsią, że ich nie wolno ruszać! I owszem, dany realizator projektu mógł prosić o kogoś z Ministerstwa wypełniając mnóstwo papierkowej roboty, czekając, pewnie stopując taką budowę na parę lat... albo mógł zapłacić kupę szmalu Laurentowi, który zabierał swoją ekipę i się tematem zajmowali. Proste. Takie prace były strasznie lukratywne, ale też wymagały jego obecności na miejscu docelowym, gdzie zazwyczaj nie było fiuu i nie mógł sobie tak skoczyć z miejsca w miejsce na zawołanie. Lub mógł być po prostu w Londynie i załatwiać sprawy! Tak czy siak - był człowiekiem zajętym. Były jednak osoby, dla których robił wyjątek niezależnie niemal od tego, co się działo. Niemal. Po prostu w pracy ludzie byli ustawiani wedle wpływów. Nic innego niemal go nie interesowało. Najbardziej specjalne miejsce miała rodzina, dla której akurat mógłby rzucić wszystko. I byli jeszcze... przyjaciele, dla których mógł rzucić również wiele.
Philip Nott był osobą wpływową, dla której odsunąłby wszystkich znajdujących się obecnie w New Forest, gdyby chciał robić interesy. I był też osobą, którą Laurent naprawdę bardzo lubił, nawet jeśli chyba przyjaźnią tego nazwać nie można było. Chyba. Bo Laurent nawet mógł go określić tym mianem.
- Dzień dobry Panu. - Drzwi pozostały głuche i zamknięte, ale pojawił się przy nich skrzat Laurenta - Migotek. Skrzat, który musiał bardzo dużo przejść, było to po nim widać, ale teraz stał prosto, wpatrując się jednym zdrowym okiem w Notta. - Jeśli szuka pan Pana domu, to przebywa on obecnie w stajni lub jej okolicach. Czy życzy pan sobie, żebym pana zaprowadził? - Philip nie był Migotkowi nieznany. W innym wypadku pewnie nawet by się nie pojawił. Choć był odrobinę skonsternowany, bo tak - nie było w kalendarzu umówionej takowej wizyty.
W istocie - poprowadził Philipa do stajen.
- ...nie. Nie ma takiej możliwości. Wyrzuć to do kosza i nie chcę więcej tego widzieć. Nie będą tutaj powstawały żadne zabudowania, nie zmienię zdania. - Wzburzenie? Chyba tak można było określi ruch Laurenta, który zrobił, jakby chciał rzucić rzeczywiście trzymane papiery w pizdu na ziemię... ale się opamiętał, powstrzymał. Poskładał je i wręczył z powrotem kobiecie, dość pulchnej, w prostej, eleganckiej sukience. - Prosiłbym o nie zawracanie mi głowy tymi bzdurami. Chyba nie muszę odmawiać dziesięć razy, żeby wiadomość dotarła. - Bo niektórzy rzeczywiście nie potrafili po "ludzku" i trzeba było powiedzieć do nich bardziej dosadnymi słowami. Choć Laurent nie przeklinał, a przynajmniej nie robił tego na co dzień, teraz po prostu cisnęło mu się parę brzydkich słów niemal na usta. Był to brzydki język, który nie do końca mu leżał. Kobietka, zarumieniona, chyba też z nerwów, przyjęła te papiery, przytuliła je do piersi. Laurent ściągnął okulary z nosa.
- Przepraszam, Paniczu. Pan Nott do Pana... Panicz nie będzie zły na Migotka? Migotek nie wiedział, nie zapisał w kalendarzu... - Szpiczaste uszy Migotka opadły, jak u smutnego psiaka. Laurent, ewidentnie zaskoczony, a tym bardziej dlatego, że przyłapano go na małym pokazie nerwów, spojrzał najpierw na Notta, a potem na skrzata.
[a]- Nie, skądże. - Cała postawa Laurenta zmieniła się przy mignięciu oka. Nie dlatego, że był taki niestały w emocjach. Dlatego, że tak dobrze udawał, że tak zgrabnie potrafił manipulować ludźmi, by widzieli tylko to, co chcieli widzieć. Przykucnął i pogłaskał skrzata po głowie. - Idź, proszę, przygotuj dla mnie i mojego gościa podwieczorek. Napijesz się kawy, Philipie? - Zagaił, podnosząc się znów. Wsunął okulary do zewnętrznej kieszeni krótkiego do połowy ud płaszcza szytego nieco na modłę marynarek. Bo choć było już niemal lato to tutaj, przy brzegu morza, gdzie szum fal był wszechobecny, tak i morski wiatr, było zawsze o wiele zimniej niż w Londynie. Skrzat po otrzymaniu instrukcji co do tego, czym ugościć i uraczyć Philipa zniknął. - Czym mogę służyć? - Zapytał, spoglądając na blondyna, który wyglądał trochę... niespokojnie? Na napiętego? Sam Laurent był nieco skonsternowany, bo nie bardzo wiedział, czego się spodziewać. Philip nigdy dotąd nie wpadał... ot tak.