23.08.2023, 23:44 ✶
Shafiq nie poświęcił wielu myśli Rookwoodowi jako boginowi Rookwooda, bo… sam w tej chwili próbował pozbyć się z głowy rozmyślań o własnym ojcu. I chyba nie był specjalnie zaskoczony widokiem Chestera. Jedno było jednak pewne: nigdy o tym nie wspomni, tak jak miał nadzieję, Ulysses nigdy nie wspomni o sylwetce, jaką zobaczył, kiedy Shafiq rozdzielił go od bogina.
Niektóre sekrety chciało się zachować w wiecznym mroku, nigdy nie wyciągając ich na światło dzienne.
Światła przybyło, gdy Pandora rzuciła swoje zaklęcie. Nie wypatrzyła żadnych pułapek: jedynym mechanizmem w pomieszczeniu były drzwi. Sebastian z kolei…
Gdy Macmillan chodził po sali, coraz wyraźniej czuł, że nie są tutaj sami. Coś ich obserwowało, jego obserwowało. Poczucie obecności było niemalże namacalne i całe jego doświadczenie, wszystkie zmysły, zdawały się szeptać do egzorcysty dokładnie to samo.
Był tutaj duch.
Cathal rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym na dłużej zatrzymał wzrok na malunku, o którym kobiety powiedziały, że wygląda jak twarze posągów.
- Albo była to linia krwi… w tak małej, odciętej od świata miejscowości, zapewne żenili się między sobą – stwierdził w zamyśleniu. Co oczywiście generowało prawdopodobnie obciążenia genetycznie. Cathal, potomek Gauntów, którzy mieli w zwyczaju poślubiać własnych kuzynów i w efekcie ich potomkowie często cierpieli na genetyczne choroby, wiedział o tym bodaj najlepiej. To mogło decydować też o tym, że w pewnym momencie większość ludzi w wiosce była do siebie podobna… A może tylko w jednej rodzinie?
Odwrócił się i podszedł nieco bliżej, przypatrując Rookwoodowi. To nie tak, że nie ufał w jego umiejętności. Nie ufał natomiast absolutnie właścicielom tego miejsca. To mogła być przecież pułapka: mogło być tak, że do rozwiązania należało na przykład dodać jeden, bo tak naprawdę nie chcieli, aby ktokolwiek tę zagadkę rozwiązał… Dlatego stał w pobliżu, z różdżką w ręku. Na wszelki wypadek.
Zagadka zresztą złudnie była prosta, ale ktoś nie znający numerologii, by jej nie rozwiązał. Coś szczęknęło i drzwi rozwarły się powoli.
– Dobra robota – powiedział Cathal. Gdyby Ulyssesa nie było z nimi, mogliby być w kłopotach. Shafiq chciałby wierzyć, że daliby jakoś radę, ale prawdopodobnie w najlepszym wypadku skończyłoby się to wielkimi problemami, w rodzaju najeżonych ostrzy, które by ku nim wystrzeliwały, przebijania się przez ściany, walącymi się na nich sufitami i tym podobnymi... Tak eleganckie rozwiązanie sprawy stanowiło niesamowicie miłą odmianę. A potem obejrzał się na Letę i Pandorę. – Leta, Pandora, chodźcie bliżej – poprosił, chcąc, by zajrzeli do środka we trójkę z określonych względów: pułapki, klątwy oraz…
- …krąg runiczny… i chyba pułapka? – mruknął, dostrzegając linię tuż za drzwiami. Dalej kłębiła się nieprzenikniona ciemność: ani światło pochodni, ani to wyczarowane przez Pandorę, zdawały się jej nie sięgać. Prewettówna mogła potwierdzić, że poza runami, które trzeba było usunąć, pozostawał drobny mechanizm do rozbrojenia. Nie widzieli tego, co jest dalej - może przez runiczną barierę.
Shafiq przykląkł. Wyciągnął rękę ku runom, by zabrać się za ich usuwanie, tak jak i Prewettówna mogła usunąć własną pułapkę.
Wtedy dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie.
Ledwo dotknął podłogi, uaktywniła się klątwa i coś ciemnego zaczęło piąć się po jego ręce.
Z kolei tuż przed Sebastianem, ze ściany wyłoniła się nie cała sylwetka, ale widmowa twarz. Podobna do tej na malunku na ścianie.
Niektóre sekrety chciało się zachować w wiecznym mroku, nigdy nie wyciągając ich na światło dzienne.
Światła przybyło, gdy Pandora rzuciła swoje zaklęcie. Nie wypatrzyła żadnych pułapek: jedynym mechanizmem w pomieszczeniu były drzwi. Sebastian z kolei…
Gdy Macmillan chodził po sali, coraz wyraźniej czuł, że nie są tutaj sami. Coś ich obserwowało, jego obserwowało. Poczucie obecności było niemalże namacalne i całe jego doświadczenie, wszystkie zmysły, zdawały się szeptać do egzorcysty dokładnie to samo.
Był tutaj duch.
Cathal rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym na dłużej zatrzymał wzrok na malunku, o którym kobiety powiedziały, że wygląda jak twarze posągów.
- Albo była to linia krwi… w tak małej, odciętej od świata miejscowości, zapewne żenili się między sobą – stwierdził w zamyśleniu. Co oczywiście generowało prawdopodobnie obciążenia genetycznie. Cathal, potomek Gauntów, którzy mieli w zwyczaju poślubiać własnych kuzynów i w efekcie ich potomkowie często cierpieli na genetyczne choroby, wiedział o tym bodaj najlepiej. To mogło decydować też o tym, że w pewnym momencie większość ludzi w wiosce była do siebie podobna… A może tylko w jednej rodzinie?
Odwrócił się i podszedł nieco bliżej, przypatrując Rookwoodowi. To nie tak, że nie ufał w jego umiejętności. Nie ufał natomiast absolutnie właścicielom tego miejsca. To mogła być przecież pułapka: mogło być tak, że do rozwiązania należało na przykład dodać jeden, bo tak naprawdę nie chcieli, aby ktokolwiek tę zagadkę rozwiązał… Dlatego stał w pobliżu, z różdżką w ręku. Na wszelki wypadek.
Zagadka zresztą złudnie była prosta, ale ktoś nie znający numerologii, by jej nie rozwiązał. Coś szczęknęło i drzwi rozwarły się powoli.
– Dobra robota – powiedział Cathal. Gdyby Ulyssesa nie było z nimi, mogliby być w kłopotach. Shafiq chciałby wierzyć, że daliby jakoś radę, ale prawdopodobnie w najlepszym wypadku skończyłoby się to wielkimi problemami, w rodzaju najeżonych ostrzy, które by ku nim wystrzeliwały, przebijania się przez ściany, walącymi się na nich sufitami i tym podobnymi... Tak eleganckie rozwiązanie sprawy stanowiło niesamowicie miłą odmianę. A potem obejrzał się na Letę i Pandorę. – Leta, Pandora, chodźcie bliżej – poprosił, chcąc, by zajrzeli do środka we trójkę z określonych względów: pułapki, klątwy oraz…
- …krąg runiczny… i chyba pułapka? – mruknął, dostrzegając linię tuż za drzwiami. Dalej kłębiła się nieprzenikniona ciemność: ani światło pochodni, ani to wyczarowane przez Pandorę, zdawały się jej nie sięgać. Prewettówna mogła potwierdzić, że poza runami, które trzeba było usunąć, pozostawał drobny mechanizm do rozbrojenia. Nie widzieli tego, co jest dalej - może przez runiczną barierę.
Shafiq przykląkł. Wyciągnął rękę ku runom, by zabrać się za ich usuwanie, tak jak i Prewettówna mogła usunąć własną pułapkę.
Wtedy dwie rzeczy wydarzyły się jednocześnie.
Ledwo dotknął podłogi, uaktywniła się klątwa i coś ciemnego zaczęło piąć się po jego ręce.
Z kolei tuż przed Sebastianem, ze ściany wyłoniła się nie cała sylwetka, ale widmowa twarz. Podobna do tej na malunku na ścianie.