Victoria nie patrzyła na Laurenta jako na coś egzotycznego, dziwnego i innego, i dlatego wartego grzechu. Jego wygląd miał znaczenie drugorzędne – choć, oczywiście, jak najbardziej miłe, przecież o ile przyjemniej zawiesić oko na pięknie. Lecz naprawdę, to nie to ją przyciągnęło tamtego wieczoru i nocy. Nie jego egzotyka, o której nawet nie miała bladego pojęcia. To tamta rozmowa. Jakoś tak od słowa do słowa… Zdaje się, że zadziałało to z dwóch stron tak samo, a przynajmniej chciała wierzyć, że tu nie chodziło o jej twarzyczkę czy to, jak się ubrała na przyjęcie.
Pokiwała głową, bo opis, jaki roztoczył przed nią Laurent był wystarczający do zrozumienia i wyobrażenia sobie całego procesu. Nie wiedziała jak to działa, ale wyjaśnił to na tyle dobrze, że nie miała już wątpliwości.
- Tak myślałam, że wcale do końca nie żartowałeś – przyznała. Piła, rzecz jasna do tego, jak wspomniał o zmartwionej ciotce. Powiedział to żartobliwie, ale Victoria go obserwowała i miała przeczucie, że to nie do końca żart był. I miała rację. - Ale umiem to sobie wyobrazić, większość z tego, co powiedziałeś. To, czego nie umiem, przyjmuję do wiadomości – uśmiechnęła się do niego. - Wolę szum trawy i lasu od bicia serca – powiedziała ciszej. Może to dlatego, że jej relacja z matką była… jaka była. Cholernie napięta. Zimna. Nie było w tamtym domu miłości, a przecież miała oboje rodziców, była dobrze urodzona i teoretycznie niczego jej nie brakowało w życiu. I była to bzdura. - Ale rozumiem. To wołanie… długo trwa? Przechodzi samo, czy… Musisz wejść do wody, by się uspokoiło? Wybacz wścibskość, jestem zwyczajnie ciekawa – nie miała nic złego na myśli, ot po prostu… Interesowało ją wiele rzeczy. Na przykład zastanawiała się, czy to wołanie działa na poziomie instynktu czy głowy. Czy oklumencja byłaby w stanie ten głos wyciszyć? Ten najgorszy, któremu tak trudno było się oprzeć?
- W Dolinie Godryka jest pole obsypane słonecznikami, pięknie się kołyszą na wietrze w lecie – może tego nie wiedział, ale to z Doliny właśnie pochodziła. To był rozległy teren pełen łąk, pól, lasów, potoków i jezior. Było pięknie, zwłaszcza latem. Na wiosnę i jesień zresztą też. Tereny były na tyle duże, że wcale często i dużo na innych ludzi się nie trafiało, zwłaszcza jeśli miało się dom nie w centrum miasteczka a poza jego granicami, tak jak jej rodzina miała. - Moje ulubione to bez i peonie – przyznała mu się. - Ale tak naprawdę to wszystkie lubię – nawet wrzeszczące żonkile, albo mandragory.
- Gotowa, tak – potwierdziła, a później się uśmiechnęła. Czy odpowiednie osoby pilnowały porządku to nie wiedziała. Co za to wiedziała na pewno to to, że było ich trochę za mało, a jak już mu powiedziała: pewnie następne dni bądź miesiące będą kluczowe dla sprawy Voldemorta. Ale nie myślała teraz o tym. Laurent skutecznie wyrzucił jej to z myśli i pamięci. - Dziękuję. Jeszcze rok i egzamin. Zabawne, bo na stażu do aurorów jest się dłużej niż trzeba pracować w brygadzie przed ubieganiem się o awans – awans już był, jeden, na staż. Drugi za rok, o ile zda testy… Ale tak jak w Hogwarcie Prefektem nie zostawało się za nic, tak nie zmieniło jej się to do tej pory. Nadal pilna, nadal głodna wiedzy, nadal używała mózgu.
- Może piąty, może szósty… - ona tego nie liczyła, czym dobitnie mu dała teraz znać. Notowała tylko w pamięci, że te punkty były przyznawane. - Dopisz ich tyle ile tylko masz ochotę – powiedziała ciszej, uśmiechnięta, i zaraz ten uśmiech schowała w filiżance z kawą. Śmiały się tylko jej oczy. Tak, miał rację, czasami każdy człowiek potrzebował odrobiny ciepła. Ale, co bardzo ironiczne, takie przygody jak dzisiejsza, często zdawały się być tego ciepła pozbawione. Ludzie go poszukiwali i wcale nie znajdowali w ramionach drugiej, obcej im osoby. Może dlatego uciekali wtedy nim wstanie świt. Może dlatego rozstawali się, by ponownie już nie spotkać. - Tak – właśnie nad tym się zastanawiała, już wczoraj. Później przestała. - Wierzę, tak – odpowiedziała po chwili namysłu. Gdyby nie wierzyła… Czy by tu dzisiaj była? Pewnie tak. Ale gdyby mu nie wierzyła – raczej szybko by się zawinęła, a nie spokojnie jadła z nim śniadanie. - A ja mam nadzieję, że nie odbierasz mojego zaciekawienia za nachalne – bo nie chciała by w ten sposób ją odbierał, nie miała nic złego na myśli. Była też ciekawa, czy odbierał jej intencje dobrze; że interesował ją on i to co miał w głowie, jego myśli, a nie ta piękna buźka, choć w tych oczach miło było zatonąć.