Heather ostatnio pozwalała sobie na coraz więcej. Rehabilitacja przynosiła oczekiwanie efekty, powoli ciało przestawało ją boleć i wracało do dawnej formy. Zgodnie z zaleceniami medyków dużo spacerowała, oczywiście nie przesadzała, musiała dobrze wyważyć jaka ilość ruchu jest dla niej odpowiednia, bo mogła sobie zrobić większą krzywdę.
Umówiła się tego poranka z Brenną, miały się spotkać wcześnie rano. Nie wiedziała do końca o co chodzi, tyle, że to coś istotnego. Połączyła fakty, jako, że była całkiem sprytna i stwierdziła, że zapewne chodziło o to, o czym ostatnio rozmawiały. Longbottom opowiedziała jej o organizacji, która została stworzona, aby walczyć z Czarnym Dzbanem, co najważniejsze zaproponowała Wood dołączenie do niej. Ruda była duma, bardzo dumna, że zaufali jej na tyle i że chcieli mieć ją w swoich szeregach. Zresztą inaczej pewnie też by walczyła z tymi popierdoleńcami, tyle, że na własną rękę, a tak to przynajmniej ktoś rozsądny wydawał rozkazy.
Pojawiła się w Dolinie punktualnie, przed domem Longbottomów. Spacer odbył się do miejsca, które okazało się być siedzibą Zakonu. Wycieczka zajęła im trochę. Brenna zmieniała się przy tym w wilka, co chwile, widać było, że bardzo pilnuje tego, żeby nikt niepowołany nie dowiedział się o tym, gdzie znajduje się to miejsce. Heather wiedziała, że jest to ważne, aby nikt nie dowiedział się o jego istnieniu. Longbottom pokazała jej wszystko, dała dostęp do kłódki. Były pewne, że gdyby coś się wydarzyło, to Heather będzie mogła wejść do środka.
Wracały. Spojrzała na drzewa, o których mówiła jej towarzyszka. Były to jedne z wielu, które zostały położone przez wichurę. Cała Dolina nadal była pełna śladów niedawnych wydarzeń. Jeszcze nie udało się posprzątać wszystkiego. - Mogę tu przyjść później, i tak nie mam nic do roboty w przeciwieństwie do ciebie. - Przynajmniej mogłaby się na coś przydać, szczególnie, że coraz lepiej się czuła.
- Jasne, znasz drogę lepiej ode mnie. - Nie zamierzała oponować, bo to Brenna mieszkała całe życie w Dolinie, Wood tutaj jedynie bywała i nie znała wszystkich skrótów i ścieżek w okolicznych lasach. W przeciwieństwie do Brenny nie przeskoczyła nad gałęziami, a ostrożnie przeszła pod. Ostatnio chuchała na zimne, miało tak być do momentu w którym nie usłyszy, że jest w pełni zdrowa.
Nie zdążyła się odezwać do swojej partnerki, a ta znowu stała przed nią pod postacią wilka. Najwyraźniej coś ją zaniepokoiło. Wood nie zamierzała marnować czasu i ruszyła w stronę rzeki. Miała zamiar iść wzdłuż niej, tak jak wspomniała jej partnerka.
Zauważyła brzeg rzeki, mostek. Podeszła więc bliżej, chciała na niego wejść. Wtedy jej oczom ukazał się zamaskowany mężczyzna, który celował w nią różdżką. - BRENNA - Krzyknęła głośno, bo spanikowała. Nie spodziewała się tego, że nagle stanie twarzą w twarz z przeciwnikiem podobnym do tego z Beltane. Złapała różdżkę w rękę i próbowała rzucić zaklęcie, była jednak mocno rozkojarzona.