Dla niej to nie był żaden żart. To był realny problem. Może tak na to patrzyła, bo go nie znała. Może dlatego, że w swojej pracy widziała różne dziwne rzeczy, z różnymi się spotykała i nauczyła się już niczego nie wykluczać, bo życie lubiło zaskakiwać. To tak jak z tym mówieniem "nigdy". Perspektywa miała to do tego, że potrafiła się zmieniać. Może dlatego tak na to patrzyła, jak na żaden żart, a poważną sprawę, bo pracowała w Pogotowiu. To rodziło skojarzenia ze szlamami, którzy jedną nogą byli w czarodziejskim świecie, a drugą w mugolskim. I ciągnęło ich mimo wszystko do mugoli, czasami nie mogąc się powstrzymać od namieszania w tym niemagicznym świecie. Czy to nie brzmiało na swój sposób podobnie? Nie jeden do jednego, nie ośmieliłaby się na takie porównanie. Ale gdzieś tam… przenikały się światy i tęsknota… i ból i szkoda.
- Zastanawia mnie – zaczęła, wyraźnie zamyślona. Chwilę tylko wahała się, czy nie poruszyć tego tematu, swojej cichej i krótkiej burzy mózgu. - Czy da się to wyciszyć za pomocą oklumencji. Czy to wołanie na poziomie umysłu, czy coś jeszcze bardziej pierwotnego – Victoria była… bardzo błyskotliwą czarownicą. Nie nazywała samej siebie geniuszem, nie była tak pyszna, ale miała świadomość, że myśli dość niestandardowo i że często zaskakiwała swoim tokiem myślenia różnych ludzi. I swoją otwartością na różne zagadnienia. Dlatego też jego wyznanie o byciu pół selkie przyjęła bez mrugnięcia okiem, szukając po tym potwierdzenia. I bardzo szybko je znalazła. Laurent nie musiał jej odpowiadać bezpośrednio, ciemnooka potrafiła obserwować, słuchać i wyciągać wnioski. Dodała więc dwa do dwóch i z równania wyszło jej, że Laurent… chyba trochę się tego boi. Tego zewu. Dlatego obracał to w żart. - Hmm to dobrze – uśmiechnęła się, z wyraźną ulgą, że go swoimi pytaniami nie uraziła. Bo absolutnie nie miała takiego zamiaru. - Rozumiem… – nie wiedział, bo nie miał kogo zapytać. Naprawdę go słuchała, zwracała też uwagę na niuanse, różne sformułowania, słowa, czas przeszły, teraźniejszy. Dlatego wydawało jej się, że rozumie. Nie powiedziała jednak swoich myśli na głos, bo znali się chyba jednak zbyt krótko by pytać o jego rodzinę, to mógł być drażliwy temat. - Nie łatwiej wtedy uciec gdzieś, gdzie jest większy zgiełk? Do Londynu na przykład – może szum miasta był w stanie to wezwanie przyciszyć, by można było przeczekać i bezpiecznie wrócić nad morze?
- Kuzyn? Kto? – może go znała, aurorow nie było znowu tak wielu. To była trudna praca. I ludzie o tym wiedzieli, że to nie żadna zabawa w przedszkole tylko miejsce, gdzie naprawdę można zginąć. A obecne czasy… - Mmmm, to akurat przypadek – przyznała bez większego skrępowania i nawet się roześmiała na to stwierdzenie. No bo jak to? Przypadkiem trafić na staż aurorski? Tak i nie. - Tak naprawdę, to po szkole poszłam do Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Pracowałam tam cztery lata w Magicznym Pogotowiu. Naprawiałam szkody i wymazywałam pamięć – raczej każdy wiedział co to za pracą tak z grubsza, ale stanowiska można było obejmować przeróżne. Victoria przyznała się mu więc że naprawiała różne szkody fizyczne i psychiczne. Fizyczne na przedmiotach i psychiczne na ludzkiej pamięci… - Czasami współpracowaliśmy z kimś z brygady albo od aurorów, różnie bywało. No i można powiedzieć, że zauważono moje… talenty – zwłaszcza zdolności do rozpraszania magii i odwracania jej skutków. - Zasugerowano mi wtedy, że się marnuję w Pogotowiu. No i tak trafiłam do BUMu, na standardową drogę do aurorów. Polubiłam to nawet. To ryzyko i to, że można komuś pomóc – nie chodziło o pieniądze, bo te już miała. Nie dało się jednak ukryć, że za sprawą tej pracy tylko je pomnażała. I w pewnym sensie budowała swoją niezależność. - Śmieszna sprawa, bo moi znajomi z roku byli pewni, że przywdzieję togę i pójdę do Wizengamotu na sędziego – ileż było o to żartów! To był dla Victorii plan awaryjny na kiedy będzie chciała zrezygnować z życia aurora.
- Bardzo dobrze – skoro chciał je zbierać, to chyba należało zacząć je liczyć…? Może to będzie ważne? - Nie ma potrzeby uciekać. Wystarczy mi powiedzieć. Rozumiem znaczenie słowa „nie” – odpowiedziała, również delikatnie żartując… lub nie żartując wcale. Laurent musiał to ocenić sam.