Raj. Marzenie Laurenta, spełnienie wszystkich fantastycznych wizji, które malował słowem, bo do płótna i farb akurat nie miał talentu. Nie musiał mieć. Potrafił w końcu oczarować swoimi wizjami, kiedy snuł je z głębi serca. Wszystko było na swoim miejscu - jasnowłosy anioł ze swoim pragnieniem, żeby ochronić to, co żywe i co nie było w stanie chronić się samo przed agresją człowieka i te magiczne istoty, które znajdowały tu schronienie. Jak i jasne, niezwykłe pegazy, z których jeden właśnie był siodłany i stała przy nim dość młoda kobieta, która chyba nawet nie miała jeszcze 20 wiosen, a obok niej starsza niewiasta, która właśnie instruowała, jak powinna się ze zwierzęciem obchodzić. Laurent miał prawie obsesję, żeby wszystko tutaj działało jak w zegarku. Ta potrzeba kontroli była dość niezdrowa, bo często zdejmowała mu tego ważnego czasu z wypoczynku, z jedzenia, ze snu. W pewny momencie swojego życia znacząco stracił na wadze i jego stan zdrowia się pogorszył. O zgrozo, było to w końcu całkowicie zbieżne z otworzeniem New Forest. Coś było więc nie tak z rajem, skoro ten raj, wydawałoby się, żerował na zdrowiu swojego opiekuna. Czy archanioł Gabriel również poświęcał swoje zdrowie trzymając płonący miecz, by nie wpuścić węża do raju..?
Coś w minie i postawie Philipa sprawiało, że Laurent przestał się uśmiechać. Ten uśmiech delikatnie zszedł z jego twarzy i teraz naprawdę akurat zapomniał o tym, że jeszcze przed chwilą gotów był kląć na osobę, której wydawało się, że ten świat pieniądzem stoi. Do pewnego stopnia - na pewno. W końcu sam Laurent kochał pieniądze, ale to wszystko było kwestią priorytetów. I mimo wszystko nie były one pierwsze. Nie były nawet drugie ani trzecie. Nie bardzo wiedział na co patrzy, bo na kogo - nie miał wątpliwości. Wpełzło mu pod skórę wrażenie, że stało się coś naprawdę złego i poważnego, skoro mężczyzna przychodzi tutaj tak niespodziewanie... a potem padły magiczne słowa "chciałbym porozmawiać". I nastał moment ciszy, za którą Philip tak nie przepadał. Morskie oczy Laurenta wpatrywały się w człowieka, który przed nim stał, bardzo intensywnie, przenikliwie. I choć trwało to może z piętnaście sekund, mogło się wydawać całą wiecznością.
- Oczywiście. Daj mi proszę chwilę. Muszę wydać instrukcje na czas mojej nieobecności. - Mimo tego, jak mocno patrzył na Philipa, obdarzając go takim spojrzeniem jak nigdy wcześniej, jego głos nie zabrzmiał na zdystansowany. Zabrzmiał bardzo miękko i spokojnie. Ruszył w kierunku budynków gospodarczych, żeby poinformować pracowników, co mają robić i poinstruować jednego z nich, co robić w razie sytuacji kryzysowych. Jak na złość jeszcze Alexandra dzisiaj nie było... Nie chciał kazać długo czekać Philipowi, więc ograniczył się do minimum wydawania poleceń. A kiedy już wrócił gestem zaprosił Philipa do wędrówki w stronę jego domu. Niezwykle małego jak na kogoś tak bogatego i należącego do rodu czystej krwi. Niemal śmiesznie małego. Ale Laurent nigdy nie chcial wielkiego domu - nie lubił wielkich przestrzeni. Były przeraźliwie puste i zimne.
Migotek przygotował już kawę i poczęstunek na tarasie odpowiadający preferencjom Philipa. I to zrobił to z przyjemnością! W końcu nie każdy czarodziej był tak sympatyczny wobec domowych skrzatów. Laurent zaprosił Philipa, żeby ten się rozgościł i usiadł, zanim sam zajął miejsce, choć niekoniecznie był zainteresowany stolikiem. Nie odrywał oczu od Notta, ale tak jak zawsze właściwie, kiedy byli sami, w sypialni, Laurent spuszczał swoje zasłony, tak teraz przez krótki moment jego twarz i spojrzenie, każdy ruch, były całkowicie neutralne, wyważone. Ostrożne. Zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać. Czegoś złego - takie miał wrażenie. Nie rozumiał, co to takiego, ale przeczucie podpowiadało mu, że stało się coś złego. Albo coś złego się dopiero stanie? Całkowicie naturalnie przeszło to jednak w łagodny uśmiech i zmartwione spojrzenie.
- Bardzo się cieszę, że mnie odwiedziłeś, choć niespodziewanie. - Tak, coś musiało się stać. Bo naprawdę nigdy wcześniej nie widział takiej... miny... Philipa. Może ktoś inny powiedziałby, że miał minę całkiem normalną, ale Laurent znał go od tylu lat, że ta subtelna zmiana była dla niego diametralna. - Słucham cię z uwagą. Co się stało, Philipie i jak mogę ci pomóc. - Kwiaty, które Laurent trzymał w ogrodzie bujały się na wietrze muskającym włosy siedzących na tarasie mężczyzn.