Chyba każdy tak miał, że niektóre myśli brały się znikąd i nie były czymś, co pochodziło ani z głębi serca, ani z przekonań, ani z chęci, ani… z niczego. Po prostu się pojawiały, zbłąkane, nic nadzwyczajnego. Oczywistym było, że nikt się nie chciał dzielić wszystkim co ma w głowie. Taką Victorię przerażało na przykład, że ktokolwiek mógłby czytać jej myśli ot i… nauczyła się oklumencji. To nie była żadną miarą łatwa sztuka – była zaś piekielnie przydatna. Czuła się znacznie, znacznie bezpieczniejsza dzięki temu. Aurowidze nie widzieli jej aury, nie widziano jej emocji, nie czytano z niej jak z otwartej księgi.
- Chyba nie chcesz spocząć na laurach? – zapytała ubawiona, ale jedno było pewne. „pięć albo sześć” już tak z nimi zostanie, tak jak zbieranie wyimaginowanych i nic nie znaczących punktów.
- W porządku – uśmiechnęła się do niego lekko, miło. Oto miała swoją odpowiedź; nie musiał nic dodawać, bo już wiedziała, jak bardzo jest to delikatny i bolesny dla niego temat. I nie było w tym nic złego. Jakoś… Zrobiło jej się go szkoda. Nie czuła się też urażona, powiedziała mu sama, żeby po prostu jej powiedział, gdyby coś było nie tak. Gdyby to nie było tak, że… tak naprawdę to dopiero się poznawali, to pewnie złapałby go za rękę, by w ten sposób dodać mu odrobinę otuchy, ale w tych warunkach, za nic w świecie nie chciała przekraczać tej granicy w ten sposób. Cóż z tego, że dopiero co spędzili ze sobą noc. To, co było w głowie, w emocjach – to było coś innego niż fizyczne zbliżenie. - Lubię – odpowiedziała mu po prostu. Kto nie lubił muzyki? - Chyba nie miałam nigdy okazji – nie chyba, a na pewno. Gdyby miała okazję, to byłaby pewna, a nie rzucała tego niepewnego „chyba”. - Pewnie bym pamiętała – zreflektowała się zresztą. Atreus wyciągający Laurenta z kłopotów? Nie była pewna, czy jest w stanie to sobie wyobrazić. Obu w końcu ze szkoły kojarzyła, z jednego domu, cóż z tego, że oboje byli od niej młodsi. Ale… No jakoś trudno jej było w to uwierzyć, w to co właśnie powiedział. - Nie jesteśmy ze sobą w żadnym wypadku blisko – nie jedynie na „dzień dobry”, czasem udawało się zamienić więcej słów ze sobą, ale w żadnych zażyłych stosunkach nie byli. Victoria większość czasu mimo wszystko spędzała z aurorami, którzy byli już długo stażem w Biurze, bo to oni ją przygotowywali do pracy. Głównie oni. No i tak, były jeszcze bale. Ale umówmy się no, z Atreusem znała się tyle, jak do wczoraj z Laurentem. Dzisiaj to było coś zupełnie innego.
- Trudno w takim wypadku zadowolić wszystkich, skoro każdy chciał czegoś innego. Każdy byłby niezadowolony, cieszyłaby się tylko jedna osoba. Więc przynajmniej wszyscy siedli na mnie po równo – westchnęła i pokręciła głową. Teraz się uśmiechała. Ale wtedy było ciężko., znikąd wsparcia, tylko ciągłe niezadowolenie. I znowu słuchała, zże jest rozczarowaniem – pomimo tego, że skończyła Hogwart z naprawdę wysokimi wynikami, że w zasadzie każde drzwi stały przed nią otworem, że była Prefektem takim, śmakim, że nigdy nie przyniosła wstydu… Poza tym to nieprawda, że wszyscy byli niezadowoleni po równo. Najbardziej niezadowolona była oczywiście jej matka. No bo jak to tak, zadawać się w pracy z mugolami????? Ale gdy i tam była chwalona, a czarodzieje na bankietach wspominali coś, ze to przecież Departament, który wyprodukował największą liczbę Ministrów Magii, to Isabella się uspokoiła i tryskała dumą z idealnej córki. To był jeden wielki fałsz. - Chciałam choć ten raz zrobić coś dla siebie – wyznała i odwróciła wzrok, rozglądając się odrobinę po pomieszczeniu. To z kolei dla niej był nieco drażliwy temat… na dzisiaj niekoniecznie pożądany, choć pewnie kiedyś w przyszłości był jak najbardziej do przegadania.
- Ach tak – mruknęła i Laurent na nowo miał jej pełną uwagę. Wydawała się być ubawiona jego słowami. Tym, że mężczyźni są łatwi do manipulowania… Cóż, tak. Nie bez powodu mówi się, że mężczyzna to głowa rodziny, ale kobieta jest szyją, która tą głową kręci. Czy Laurent był taki skory do poddawania się manipulacjom? Cóż, wczorajszego wieczora zdaje się, ze wpłynęli na siebie i zmanipulowali się jednakowo mocno wzajemnie, ale Victoria ogólnie nie chciała w ten sposób na niego wpływać, manipulacją. Nie miała mu temu żadnego celu. Zapatrzyła się na Laurenta. - Może… - powiedziała, zostawiając pomiędzy nimi nutę niepewności, tajemniczości. Patrzyła mu teraz głęboko w oczy, choć dzieliła ich odległość stolika. No, może trochę mniejsza. - Dobrze, więc pozwól, ze stworzę okazję i po prostu się ciebie zapytam wprost, czy chciałbyś to kiedyś powtórzyć? – nie bawiąc się już w żadną ciuciubabkę, skoro tak bardzo uważał, że niektórym mężczyznom wręcz trzeba pomóc okazję stworzyć. Nie wiedziała jeszcze jaki jest Laurent, więc… ot. Wzięła sprawę we własne ręce.
- Musi to być doprawdy groteskowy widok – już to sobie wyobrażała; Laurent z tym swoim niewinnym wyglądem i jarczuki przy boku. Niejeden by się wystraszył, biorąc też poprawkę na możliwości tych ogarów. - No proszę. Widzisz, czyli twoją karierą zawodową również rządzi przypadek – zauważenie tego faktu ją dość rozbawiło. Bo.. przed chwilą sam niedowierzał, że jak to można zostać aurorem z przypadku. Ano można. A jak można zostać hodowcą jarczuków z przypadku…? Przecież w obu wypadkach musiało się kierować rozmysłem. - Trudno o lepsze zabezpieczenie. W zasadzie to powinnam pogratulować zmyślności – i nawet odrobinę się skłoniła, chcąc mu tym pokazać, że zasłużył sobie na jej szacunek. Nie musiał być wojownikiem. I dobrze, że nie każdy nim był.