adnotacja moderatora
Rozliczono w Piszę, więc jestem, Król bankietów - Guinevere McGonagall.
Egipskie niebo zalśniło już setkami gwiazd, gdy Cathal usiadł przy stoliku w jednej z nielicznych, magicznych tawern w tej części świata. Wielkie okna, pozbawione szyb, wychodziły wprost na Nil, a zasłony, zaciągnięte w najgorętszych godzinach, by zapewnić trochę cienia, rozsunięto teraz, tak że widać było przez nie rzekę oraz wznoszące się po jej drugiej stronie mugolskie zabudowania. W pobliżu przepływał jakiś jacht, błyszcząc od rozpalonych świateł.
O tej porze upał nie dawał się już we znaki, ale nie było też tak późno, aby przybytek opustoszał. Rozbrzmiewał gwarem wielu głosów, a języki z całego świata mieszały się ze sobą. Shafiq chwytał mimowolnie strzępy wypowiedzi, tłumaczył je i zapamiętywał na zawsze. Podobnie jak wzór na kamiennej podłodze, bardzo typowy dla tych okolic, zdobiący także niektóre ściany, jak każdy szczegół mozaiki na suficie i uśmiech ciemnowłosej, ciemnookiej kelnerki, która przyniosła mu zamówienie. Jak korzenne zapachy perfum i kadzideł, płonących na stolikach, wonie potraw: tamija na stoliku pary obok, koshari niesione właśnie na półmisku do parki czarodziei w kącie sali, mięsna kofta, która dość szybko trafiła na talerz Cathala…
Dziesiątki bodźców, które rozpraszały. Rozkojarzały. Może powinien wybrać spokojniejsze miejsce, by przedyskutować z Guinevere sprawę napisów, świeżo odszyfrowanych z korytarza, wiodącego do grobowca egipskiej królowej – czarodziejki, ale musiał zadbać o kilka rzeczy w mieście. Poza tym przy wykopaliskach w pobliżu było zbyt wielu mugolskich archeologów i wreszcie…
…Cathal po prostu tutaj jeszcze nie był. A cenił sobie nowe miejsca, nowe widoki, nowe zapachy, nawet jeżeli czasem przytłaczały jego umysł. Cenił wszystko, co nie osiadło jeszcze na dobre w jego pamięci, by zdawało się zawsze nudne.
Nim przyniesiono mu koftę, palił, z głową odchyloną do tyłu, zaciągając się dymem, wsłuchując w dźwięki rozmów i dobiegającą skądś lokalną muzykę. Tu i tak było pełno dymu, nikomu nie przyszłoby do głowy ganić klientów za wyciąganie papierosów. Kiedy kelnerka postawiła przed nim jedzenie, zgasił papierosa w popielniczce – i uśmiechnął się leniwie, kiedy dostrzegł, że do stolika zbliża się akurat McGongall.
- Byłaś tu już kiedyś? – spytał zamiast przywitania i pchnął nogą krzesło, by je dla niej odsunąć. Prawdziwy angielski dżentelmen wstałby, by zrobić to samo kurtuazyjnym gestem, ale Cathal nie był dżentelmenem. Bywał nim tylko, i to wtedy, kiedy mu to pasowało. Mówił w jej ojczystym języku, bez akcentu, bo pod tym względem wdał się w rodzinę ojca: żaden język, jakim mówili ludzie, nie był mu obcy. – Chcesz najpierw coś zamówić, czy od razu przejść do spraw zawodowych?