25.08.2023, 20:53 ✶
Niekiedy żałował, że Matka pobłogosławiła go darem widzenia ludzkich aur, zamiast talentem do odczytywania cudzych myśli; i bez tego był w stanie stwierdzić, jak bardzo Vespera jest roztrzęsiona. Męczył go okrutnie fakt, że nie był w stanie stwierdzić co dokładnie jest powodem jej wzburzenia, a przez to udzielał mu się jej stres. Och, gdyby tylko mógł poznać jej obawy i je rozwiać! Ileż rzeczy w życiu stałoby się łatwiejszych, na czele z tą rozmową? Ale Perseus, wbrew plotkom krążącym w Lecznicy Dusz, nie potrafił ot tak wejść do czyjejś głowy. Miał tylko nieprzydatną w tym momencie umiejętność rozpoznawania ludzkich nastrojów, kilkuletnie doświadczenie zawodowe oraz zdającą się nie znać granic cierpliwość.
Wypuścił Vesperę ze swych objęć i podążył w ślad za nią. Usiadł tuż przy niej, czując jak oblewa go zimny pot. Dyskretnie rozpiął guzik ciemnej koszuli, jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc. Co zrobią? On wiedział, co chciałby zrobić, ale…
— A co ty chciałabyś zrobić? Jest wiele możliwych wyjść z tej sytuacji. Ostateczna decyzja i tak należeć będzie tylko i wyłącznie do ciebie — zaczął spokojnie, może nieco bardziej dyplomatycznie niż początkowo planował. Nie była przecież jego pacjentką, aby musiał zachowywać wobec niej profesjonalny dystans. Szybko więc się zreflektował, ujął jej drobną dłoń i zamknął ją w swoich rękach. — Posłuchaj… nie chcę, abyś zrobiła coś wbrew sobie, tylko dlatego, że czujesz się w jakiś sposób ode mnie zależna. Nie jesteś. I na cokolwiek się zdecydujesz, będę cię wspierał.
Nie, nie, znów wszystko nie tak. Czuł się tak, jakby wygłaszał przemowę na seminarium w Paryżu, podczas gdy chodziło o coś znacznie ważniejszego, niż pełne uznania kiwania głów członków kolegium magipsychiatrycznego. Nie chciał jej osaczać, wpływać na jej zdanie, podsuwać jej gotowe rozwiązania, które będą satysfakcjonujące tylko dla niego. Z drugiej jednak strony czuł, że jeśli wciąż będzie spychał swoje pragnienia na drugi plan, to w niedługim czasie stanie się człowiekiem nieszczęśliwym i zgorzkniałym. Wprawdzie szczęśliwym też nie mógł się nazwać, trwał raczej w stanie pośrednim pomiędzy zadowoleniem z życia, a bezdenną rozpaczą, ale nie chciał tracić tych cennych momentów, dla których wszystko było znośniejsze. Nie chciał tracić Vespery, przekreślać ich znajomości, sprawić, że staną się sobie obcy. Nie chciał też tracić kolejnej szansy na zostanie ojcem (poprzednia żona nie była gotowa na macierzyństwo), a jednocześnie bał się, że poczuje się zobowiązana do spełnienia jego pragnień. Odchylił głowę do tyłu i odetchnął głęboko, po czym spojrzał Vesperze w oczy.
— Zdaję sobie sprawę z tego, jak krótko trwa nasza relacja, ale chcę się z tobą ożenić, Vespero. Jeśli się zgodzisz, jeszcze dziś wieczorem zjawię się u twojego ojca, by prosić o twoją rękę. — wyznał, gładząc czule jej dłoń — Albo nie dziś. Nie powinnaś podejmować tak ważnej decyzji pod presją czasu. I… nie powinnaś brać kota w worku…
Mówiąc to, dyskretnie powiódł wzrokiem na opartą o fotel laskę. Powiedzieć jej? Teraz musiał, choć gardło ściskało się w proteście.
— Choruję na petryfikacyjne zaniki nerwowe. Dlatego moja noga… Dlatego nie jestem w stanie… Wiesz, któregoś dnia będę mógł wymagać opieki. I dziecko też może być chore, to dziedziczne.
Wypuścił Vesperę ze swych objęć i podążył w ślad za nią. Usiadł tuż przy niej, czując jak oblewa go zimny pot. Dyskretnie rozpiął guzik ciemnej koszuli, jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc. Co zrobią? On wiedział, co chciałby zrobić, ale…
— A co ty chciałabyś zrobić? Jest wiele możliwych wyjść z tej sytuacji. Ostateczna decyzja i tak należeć będzie tylko i wyłącznie do ciebie — zaczął spokojnie, może nieco bardziej dyplomatycznie niż początkowo planował. Nie była przecież jego pacjentką, aby musiał zachowywać wobec niej profesjonalny dystans. Szybko więc się zreflektował, ujął jej drobną dłoń i zamknął ją w swoich rękach. — Posłuchaj… nie chcę, abyś zrobiła coś wbrew sobie, tylko dlatego, że czujesz się w jakiś sposób ode mnie zależna. Nie jesteś. I na cokolwiek się zdecydujesz, będę cię wspierał.
Nie, nie, znów wszystko nie tak. Czuł się tak, jakby wygłaszał przemowę na seminarium w Paryżu, podczas gdy chodziło o coś znacznie ważniejszego, niż pełne uznania kiwania głów członków kolegium magipsychiatrycznego. Nie chciał jej osaczać, wpływać na jej zdanie, podsuwać jej gotowe rozwiązania, które będą satysfakcjonujące tylko dla niego. Z drugiej jednak strony czuł, że jeśli wciąż będzie spychał swoje pragnienia na drugi plan, to w niedługim czasie stanie się człowiekiem nieszczęśliwym i zgorzkniałym. Wprawdzie szczęśliwym też nie mógł się nazwać, trwał raczej w stanie pośrednim pomiędzy zadowoleniem z życia, a bezdenną rozpaczą, ale nie chciał tracić tych cennych momentów, dla których wszystko było znośniejsze. Nie chciał tracić Vespery, przekreślać ich znajomości, sprawić, że staną się sobie obcy. Nie chciał też tracić kolejnej szansy na zostanie ojcem (poprzednia żona nie była gotowa na macierzyństwo), a jednocześnie bał się, że poczuje się zobowiązana do spełnienia jego pragnień. Odchylił głowę do tyłu i odetchnął głęboko, po czym spojrzał Vesperze w oczy.
— Zdaję sobie sprawę z tego, jak krótko trwa nasza relacja, ale chcę się z tobą ożenić, Vespero. Jeśli się zgodzisz, jeszcze dziś wieczorem zjawię się u twojego ojca, by prosić o twoją rękę. — wyznał, gładząc czule jej dłoń — Albo nie dziś. Nie powinnaś podejmować tak ważnej decyzji pod presją czasu. I… nie powinnaś brać kota w worku…
Mówiąc to, dyskretnie powiódł wzrokiem na opartą o fotel laskę. Powiedzieć jej? Teraz musiał, choć gardło ściskało się w proteście.
— Choruję na petryfikacyjne zaniki nerwowe. Dlatego moja noga… Dlatego nie jestem w stanie… Wiesz, któregoś dnia będę mógł wymagać opieki. I dziecko też może być chore, to dziedziczne.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory