Egipskie noce były najpiękniejszym widokiem, jaki Ginevra kiedykolwiek widziała – a oglądała rozgwieżdżone niebo tak nad Egiptem, nad Ugandą, nad Libią, Izraelem, jak i nad Wielką Brytanią. Ale to tutaj, do Egiptu, zawsze chciała wracać. Jaką przyjemnością było unieść głowę i spojrzeć na nieprzeniknioną czerń nieba – zwłaszcza poza miastem. Gorące powietrze nie dawało się o tej porze dnia tak bardzo we znaki, to i z przyjemnością było przespacerować się kawałek uliczkami blisko brzegu rzeki. Poematów o najdłuższej rzece na świecie było bezliku. Znacie to? Nilu, Nilu, Nilu… władcza, nieujarzmiona rzeko, ty nam życie dajesz…
Nefret znała te okolice. Kair może nie był jej rodzinnym miastem, ale spędziła tutaj i w okolicach mnóstwo czasu, to i bez trudu odszukała knajpę, w której umówiła się z Cathalem. Wieczór miał to do siebie, że przynajmniej nie trzymała już na głowie kapelusza, który nosiła często, by jednak uchronić się choć trochę od prażącego słońca. Spotkania o tej porze oznaczały dwie rzeczy: że przede wszystkim dużo łatwiej złapać oddech, oraz, że na ulicach nie będzie aż tylu ludzi, choć w knajpie wcale ich nie brakowało. Właściwie dobrze, że Shafiq chciał spotkać się tutaj, przynajmniej będzie mogła się napić czegoś i zjeść coś odrobinę innego niż zwykle. No i będzie mogła też powiedzieć, że przecież „wyszła do ludzi”. Ostatnio miała tendencje do tego, by tonąć w pracy. Czas mijał wtedy w zastraszającym tempie i ani się obejrzało, a tu już wypadałoby pójść spać. Ginevra miała tę przypadłość, że gdy coś ja pochłonęło bez miara, to zapominała o bożym świecie. A to, że wystarczyło transmutować sobie oczy na kocie i łatwiej widziało się wtedy w ciemności też nie pomagało w kontrolowaniu czasu.
- Tobie też dobry wieczór – odpowiedziała mu, a wyglądało to tak, jakby nie zamierzała wcale wracać do tematu, który tak bezczelnie, bez żadnego „cześć”, „miło cię widzieć” czy co tam się jeszcze mówiło, zaczął. Guinevere była szczupłą i dość wysoką kobietą, sięgającą metra siedemdziesiąt pięć… albo osiem? Jej długie i opalone nogi skryte były teraz pod zwiewną, wzorzystą sukienką. Gdy się na nią patrzyło… To ni cholery nie można było stwierdzić, że ma się do czynienia z uzdrowicielką, nie wyglądała też na wróżbitkę, ani tym bardziej na historyka. Pchnięte nogą krzesło złapała za oparcie i odsunęła bardziej, by zaraz się na nim rozsiąść, odrzucając na plecy przez ramię kosmyki dość długich, ciemnych włosów. Dopiero wtedy uniosła spojrzenie ciemnych oczu na Cathala. - Byłam. I jak ci się podoba? – no nie, Shafiq niewiele miał z dżentelmena, to prawda. Z niego był taki dżentelmen, jak z niej mistrzyni uroków. - Jedz spokojnie, praca nie ucieknie – brzmiała na rozbawioną, bo zobaczyła, że ma przed sobą właściwie pełny talerz. Zresztą gestem zawołała kelnerkę, którą poprosiła o karkade. - No chyba, że tak ci się spieszy – odparła i złączyła palce obu dłoni w trójkąt. Wyglądała na rozbawioną.