25.08.2023, 22:28 ✶
Dla niego egipskie noce najpiękniejsze były na pustyni. Niebo niekiedy wcale nie wydawało się nad nią czarne, a buchało dziesiątkami odcieni czerni, granatu i szarości, miliardami gwiazd, układającymi się w konstelacje, które rozpoznawał, ale którym nie umiał nadać nazw. Łączyło się z wydmami, i zdawało się, że gdyby pójść przez pustynny piach dostatecznie daleko, udałoby się go dotknąć.
To był jeden z wielu cudów świata – tych, które Cathal nie tylko musiał, ale też chciał zachować w pamięci.
Uśmiechnął się tylko nieco szerzej, kiedy powiedziała to „też dobry wieczór”, drobny i wcale nie zaskakujący przytyk. Zmierzył ją spojrzeniem jasnych oczu, gdy siadała, a potem przysunął własne krzesło do stolika, by pochylić się nad faktycznie nietkniętą jeszcze porcją. W obozie badawczym mieli ograniczone możliwości pod tym względem, a choć teleportacja otwierała wiele możliwości, Cathal od paru dni nie jadł naprawdę porządnego posiłku. Zamierzał więc skorzystać z tej okazji.
- Dobre widoki – oświadczył, ruchem głowy wskazując na okno, na roziskrzone niebo, na wody Nilu, odbijające gwiazdy, na zarys ciemnych budynków, pośród których tylko niektóre były rozświetlone, zapewne w większości przez świece. – Ciekawy wystrój. Okaże się, czy dobre jedzenie. Poza tym piękna kobieta przy stoliku, na co więc narzekać? – uzupełnił, sięgając po nóż i widelec. To nie był właściwie flirt, bo Shafiq nie był wprawdzie mnichem, ale też nie kobieciarzem: ot luźna uwaga.
– Jest sens śpieszyć się gdziekolwiek w Egipcie? – zapytał retorycznie, nim uniósł do ust pierwszy kawałek mięsa. Nie, nie spieszył się. Cathal zresztą rzadko działał w pośpiechu: głównie wtedy, kiedy zmuszały go do tego okoliczności. Był raczej człowiekiem dokładnym, który nie lubił załatwiać czegokolwiek po łebkach i nie żył w pędzie. Poza tymi chwilami, gdy ktoś gdzieś uaktywniał pułapkę i trzeba było uciekać przed latającymi ostrzami, ale takie rzeczy na szczęście w pracy archeologa, nawet magicznego, zdarzały się bardzo, bardzo rzadko – dużo rzadziej niż całe godziny spędzane na oczyszczaniu jednej tablicy, pobieraniu próbek i odszyfrowywaniu tekstu.
Zaplanował więc na to spotkanie wystarczająco dużo czasu, by wystarczyło na jedzenie, grzeczności, a także dokładnie omówienie wszystkich zapisków, jakie znaleźli i odszyfrowanie znaczeń, które kryły się w prastarej przepowiedni. I obojętne, czy się spełniła, czy nie, czy może jakimś cudem miała dopiero się spełnić.
Liczyło się tylko to, by ją zrozumieć.
Kelnerka uwinęła się szybko – jak nic mieli doskonałych kucharzy, oczywiście używających magii – przynosząc Guinevere jej zamówienie, a Cathalowi jeszcze kawę po turecku. Sięgnął po filiżankę i wciągnął woń głęboko w płuca.
– Jedzenie przyzwoite, kawa o doskonałym zapachu – dorzucił jeszcze do swojej wcześniejszej opinii na temat tego miejsca. – Symbole, które znaleźliśmy w starożytnym tekście, mogą być w istocie treścią przepowiedni. Mój problem polega na tym, że choć rozumiem sam język, nie jestem wróżbitą.
To był jeden z wielu cudów świata – tych, które Cathal nie tylko musiał, ale też chciał zachować w pamięci.
Uśmiechnął się tylko nieco szerzej, kiedy powiedziała to „też dobry wieczór”, drobny i wcale nie zaskakujący przytyk. Zmierzył ją spojrzeniem jasnych oczu, gdy siadała, a potem przysunął własne krzesło do stolika, by pochylić się nad faktycznie nietkniętą jeszcze porcją. W obozie badawczym mieli ograniczone możliwości pod tym względem, a choć teleportacja otwierała wiele możliwości, Cathal od paru dni nie jadł naprawdę porządnego posiłku. Zamierzał więc skorzystać z tej okazji.
- Dobre widoki – oświadczył, ruchem głowy wskazując na okno, na roziskrzone niebo, na wody Nilu, odbijające gwiazdy, na zarys ciemnych budynków, pośród których tylko niektóre były rozświetlone, zapewne w większości przez świece. – Ciekawy wystrój. Okaże się, czy dobre jedzenie. Poza tym piękna kobieta przy stoliku, na co więc narzekać? – uzupełnił, sięgając po nóż i widelec. To nie był właściwie flirt, bo Shafiq nie był wprawdzie mnichem, ale też nie kobieciarzem: ot luźna uwaga.
– Jest sens śpieszyć się gdziekolwiek w Egipcie? – zapytał retorycznie, nim uniósł do ust pierwszy kawałek mięsa. Nie, nie spieszył się. Cathal zresztą rzadko działał w pośpiechu: głównie wtedy, kiedy zmuszały go do tego okoliczności. Był raczej człowiekiem dokładnym, który nie lubił załatwiać czegokolwiek po łebkach i nie żył w pędzie. Poza tymi chwilami, gdy ktoś gdzieś uaktywniał pułapkę i trzeba było uciekać przed latającymi ostrzami, ale takie rzeczy na szczęście w pracy archeologa, nawet magicznego, zdarzały się bardzo, bardzo rzadko – dużo rzadziej niż całe godziny spędzane na oczyszczaniu jednej tablicy, pobieraniu próbek i odszyfrowywaniu tekstu.
Zaplanował więc na to spotkanie wystarczająco dużo czasu, by wystarczyło na jedzenie, grzeczności, a także dokładnie omówienie wszystkich zapisków, jakie znaleźli i odszyfrowanie znaczeń, które kryły się w prastarej przepowiedni. I obojętne, czy się spełniła, czy nie, czy może jakimś cudem miała dopiero się spełnić.
Liczyło się tylko to, by ją zrozumieć.
Kelnerka uwinęła się szybko – jak nic mieli doskonałych kucharzy, oczywiście używających magii – przynosząc Guinevere jej zamówienie, a Cathalowi jeszcze kawę po turecku. Sięgnął po filiżankę i wciągnął woń głęboko w płuca.
– Jedzenie przyzwoite, kawa o doskonałym zapachu – dorzucił jeszcze do swojej wcześniejszej opinii na temat tego miejsca. – Symbole, które znaleźliśmy w starożytnym tekście, mogą być w istocie treścią przepowiedni. Mój problem polega na tym, że choć rozumiem sam język, nie jestem wróżbitą.