Musiałaby się zgodzić z Cathalem – bo noce nad pustynią były właśnie tymi najpiękniejszymi, kiedy światło miasta w niczym nie przeszkadzało. Ale choć w Kairze były nieco przyćmione, to i tak Guinevere uważała je za (prawie) najpiękniejsze, a jeśli mówić o Egipcie ogólnie, to konkurencji nie miał żadnej. Może to jej poczucie narodowości, w końcu od urodzenia była Egipcjanką, cóż z tego, że od strony ojca zawieszona też gdzieś tam w Anglii. Jej dom był tu, w Egipcie. Czuła się tutaj jak ryba w wodzie… albo jak skorpion w piasku, zależy kto pytał. Na szczęście nie miała problemu by odnaleźć się i w innych miejscach, a skoro od dziecka uczyła się w zasadzie dwóch języków, bo arabskiego i angielskiego, to nie było problemu by dogadać się gdziekolwiek. Pamiętała jak jej rodzice zastanawiali się, czy zostanie jej zesłany sen z Uagadou, czy może dostanie list z Hogwartu – w obu przypadkach musiała władać angielskim, najwyraźniej świat czarodziejów już dawno zgadzał się do tego, że trzeba się posługiwać jednym językiem, a nie siedmioma tysiącami. Sen z Uagadou był rzecz jasna pierwszy, więc to tam poszła do szkoły, mocniej kotwicząc ją w Afryce na dłużej i niejako kierując jej przyszłą karierą zawodową, którą również rozpoczęła właśnie tutaj.
Przytyk z jej strony mógł być jak najbardziej spodziewany, w końcu nie poznali się dzisiaj, a Ginevra nie miała w zwyczaju gryźć się w język. Może nie mówiła wszystkiego co jej ślina na język przyniesie, ale była po prostu zadziorna. Odwróciła głowę w stronę okna i wyjrzała na rzekę, wzdłuż której jeszcze niedawno szła, i na linię horyzontu majaczącą w oddali, zasłoniętą budynkami. Gwiazd na szczęście nie przysłaniały. Widoki zaiste były dobre.
- Możesz narzekać na wiele różnych rzeczy – stwierdziła po prostu, kiedy na powrót skupiła na nim swoje spojrzenie. To było gdzieś przy „piękna kobieta przy stoliku”, na co uśmiechnęła się mimowolnie jednym kącikiem ust. Nawet jeśli byłby to flirt, to Ginny nie miałaby nic przeciwko…. Nie, nie prawda. Miałaby, gdyby to przeszkadzało jej w pracy. - Do pełni zasmakowania miejsca powinieneś poprosić jeszcze o sziszę – poradziła mu jeszcze. Powinno mu się spodobać, tym bardziej że palił jak smok.
- Oczywiście. Do starych ruin, nim dopchają się do nich mugole – wiedziała, że Cathal pytał się retorycznie, ale nie mogła się powstrzymać, musiała mu odpowiedzieć. Jej mina wskazywała zresztą dobitnie na to, że bawiła się przy tym zbyt dobrze. To była taka zaczepka. Tak po prawdzie, to Shafiq wyglądał, jakby nie jadł od tygodnia, tak szybko te koftę pochłonął… Ale to chyba po prostu mężczyźni (zwłaszcza jego postury) tak mieli. Albo jednak spieszył się do omówienia odszyfrowanych tekstów. Guinevere w spokoju popijała swoją herbatę.
- Ach, już rozumiem. Cały czas się zastanawiałam co takiego się stało, że akurat konkretnie ze mną chciałeś omówić tekst – nie znała się wszak na starożytnych runach, nie umiała ich odcyfrowywać. Znała się za to na innych symbolach i rysuneczkach, których potrafiło być sporo we wszelkich ruinach. Kiedyś znacznie bardziej zawierzano mistycyzmu niż obecnie, wszak dużo ludzi uważało, że wróżbiarstwo to dziedzina szarlatanerii, a nie magii. Byli po prostu ślepi na szepty Trzeciego Oka. - Masz go przy sobie? – pytała w zasadzie niepotrzebnie, bo była pewna, że miał. Cathal, jeśli na czymś mu zależało, to zawsze był przygotowany.