Ale w tej beczce miodu była też łyżka dziegciu, prawda? Oprócz ludzi ciepłych, dobrych i mu życzliwych, byli też tacy, którzy wcale nie życzyli mu dobrze. Gdyby Victoria miała oceniać, to pewnie tych drugich było gdzieś w jego życiu znacznie więcej, bo niemożliwym było utrzymywać przyjacielskie i dobre relacje ze wszystkimi w swoim otoczeniu, a Victoria nie była naiwną damulką, by w taką ściemę uwierzyć. To, ze ten człowiek, był nieszczęśliwy, było prawdziwie smutne. Ale… kto to mówił. Czy ona mogła o swoim życiu powiedzieć, ze jest szczęśliwe? Czy sama była szczęśliwa? No… No nie. A ostatni miesiąc… W ostatnim miesiącu wydarzyło się w jej życiu tyle, co przez ostatnie dwa lata. Przez ostatni miesiąc, cholerne 31 dni, wydarzyło się tyle i w taki sposób, że nawet nie próbowała udawać, że jest dobrze i że jest ukontentowana. Nie było i nie była. Dobrzy ludzie wcale nie musieli być szczęśliwi.
Dla ludzi takich jak oni, obrzydliwie wręcz bogatych, wychowanych w wyższych sferach i luksusach, pieniądze potrafiły nie grać żadnej roli. Victoria na nie nie patrzyła, nie liczyła wydawanych galeonów na kolację w jakiejś drogiej restauracji, nie patrzyła ile kosztuje jakaś rzecz, którą chciała komuś wręczyć w upominku. Przy tym ile pieniędzy na koncie miała, to musiałaby wydać naprawdę na coś… dziwacznego i wyjątkowo drogiego, by tę sumę w ogóle odczuła. A jednak sama nie była rozrzutna. Nie wydawała na byle co i byle jak, liczyła ile jej ubyło, ile przybyło – była po prostu dokładna we wszystkim, co robiła. Ale gdyby coś się działo Laurentowi – to nie wahałaby się i na niego wydać pieniędzy. Rzeczywiście, pomiędzy nimi ten problem nie istniał, bo nikt tu od nikogo nie był zależny, nikt tutaj nikomu nie płacił. Ich relacja od pieniędzy leżała bardzo daleko.
Dla niej to nawet lepiej, że nie robili tego u niej. Nie miała ochoty spowiadać się z tego, co siedzi w jej głowie rodzicom, po tym jak mało ich przejął jej stan i los (zwłaszcza jej matkę, bo ojciec to co innego… miał po prostu na głowie tyle pracy, że wcale mu nie chciała dokładać jeszcze sobą), i po tym, co wydarzyło się kilka dni temu – z jej snem… No wolała niczego takiego nie robić w swoim pokoju rodzinnego domu. A Londyn… Bała się, że szum Londynu może w tym wypadku bardzo Laurentowi przeszkadzać. I go rozpraszać w ten niepożądany sposób. Całkiem dobrze więc, że chciał się spotkać u niego, w New Forest.
Wyglądało to trochę tak, jakby czekał na nią niemal na paluszkach. I choć wyglądała na zmęczoną, to na jego widok uśmiechnęła się, jak zawsze zresztą. Naprawdę dobrze go było widzieć, w tych czasach był pewnego rodzaju jasnym światełkiem.
- Cześć – przywitała się z nim znacznie mniej formalnie. Sama miała na sobie sukienkę, ona je po prostu kochała, do kolan, o krótkim rękawie. Płaszcza nawet nie wzięła ze sobą, ani niczego wierzchniego. Nie miało to już zwyczajnie sensu, skoro i tak nie czuła nic ponad zimno, którego nijak nie dało się ogrzać. Przez moment się zawahała, kiedy wyciągnął do niej ręce, ale to był tylko krótki moment. Nie wynikał bynajmniej z natury ich (przeszłej) relacji, a po prostu z tego… co jej się przytrafiło. Wiedziała, jak odczuwają jej dotyk inni ludzie, rozumiała, ze to nic przyjemnego, dotykać kogoś, kto jest zimny jak trup. I było to dla niej bolesne, bo kto chciałby słyszeć „nie dotykaj mnie, to nieprzyjemne”? Przecież sama sobie tego nie zrobiła, ani nie wybrała. Nie chciała też sprawić dyskomfortu Laurentowi. Ostatecznie jednak i ona go uściskała, starając się, by jej ciało dotknęło jego ubrania, a nieodsłoniętej skóry. Bała się też jak na jej dotyk zareaguje Duma, który ewidentnie domagał się pieszczot. Dała mu się najpierw powąchać, by mieli tu pewność, że to ona, a nie żaden podmieniec i dopiero wtedy dotknęła jarczuka. Ależ by był problem gdyby się na nią rzucił, bo jej nie rozpoznał. - Herbaty – przyznała, odpowiadając na prośbę. - Mam pierścionek, który należał do babci, nosiła go zawsze. Wystarczy? – dostała go na pamiątkę po jej śmierci i nigdy go nie zakładała. Jakoś… zupełnie jej nie pasował do stylu.