26.08.2023, 14:01 ✶
– Na śmierć i podatki na przykład. A także na upał i arabskich sprzedawców – przytaknął Cathal znad swojej porcji, która zaiste znikała z talerza błyskawicznie. Shafiq był zwyczajnie głody, bo wprawdzie w tym tygodniu jadł, ale dziś od śniadania nie. Załatwiał w mieście trochę spraw, a i żar lejący się z nieba nie sprzyjał apetytowi: w egipskim lecie najwięcej jadł zwykle tuż przed świtem, kiedy piasek pustyni nie zdążył jeszcze nagrzać się po nocy i gdy słońce ginęło już za horyzontem, a nieznośny upał przemijał. Teraz, gdy zapadła egipska noc, sytuacja przedstawiała się nieco inaczej. – Ale w tej chwili to pierwsze mnie nie grozi, angielskie Ministerstwo Skarbu zostało za morzem, zaszło słońce i niczego nie kupuję – podsumował.
Próbował już i sziszy. Był w Egipcie wystarczająco długo i opuszczał obóz – teleportując się zwykle – dostatecznie często, aby ten lokalny specyfik przyciągnął jego uwagę. Zwłaszcza, że kawa i tytoń stanowiły dwie słabości Cathala, pomagając mu trzymać nerwy na wodzy i, przede wszystkim, nieco lepiej panować nad umysłem, który czasem pamiętał nazbyt wiele. Teraz jednak pokręcił głową.
– Może następnym razem – skwitował Shafiq, bo w tej chwili mieli jeszcze do omówienia i sprawy służbowe, a chociaż szisza nie była narkotykiem i nie przytępiała zmysłów jak one, nie chciał ryzykować, że wpłynie na jego umysł podczas rozmowy o interesach. – Dlaczego? – spytał przekornie na jej stwierdzenie. – Uruchomią pułapki i klątwy, ułatwią nam robotę, a potem i tak dostaną oblivate.
Trochę wyolbrzymiał, bo ostatecznie zwykle wolał pracować w takich miejscach, zanim mugole wejdą do środka. Z konieczności niekiedy współpracowali z mugolskimi historykami i nawet wiedzę jednego czy dwóch Cathal szanował. Ale było to „trochę” wyolbrzymione, bo jednak uważał siebie i każdego czarodzieja za od mugoli lepszego, nie płakałby nad kimś, kto zginął na skutek pojawienia dodatkowej głowy w komnacie nagrobnej jakiegoś magicznego kapłana i zdecydowanie nie wahał się przed ciskaniem na prawo i lewo oblivate w mugoli, gdy uznawał to za konieczne.
Upił łyk swojej kawy po turecku, smakującej kardamonem i cynamonem. Anglicy byli królami herbaty, ale jeżeli chodziło o kawę, zdaniem Cathala nie umywali się do wielu innych krajów świata. Odchylił się na krześle i leniwe spojrzenie niebieskich oczu przesunęło się po wnętrzu, ale nie, nie ściągali jakiejś specjalnej uwagi. Owszem, Shafiq wyróżniał się tu, wzrostem, skórą – nawet spalona przez słońce zdradzała Europejczyka – i przede wszystkim jasnymi włosami, ale co najwyżej czasem ktoś na niego spojrzał, a i nie był jedynym obcokrajowcem w knajpie. Wątpliwe, by ktoś zamierzał słuchać ich rozmowy.
Ponieważ jednak ludzie przy najbliższym stoliku rozmawiali po arabsku, Cathal przeszedł na angielski.
– Mam tekst tłumaczenia i wypisane symbole, co do których mamy wątpliwości. Ale możesz skończyć, zanim na nie spojrzysz – stwierdził, wskazując na jej zamówienie, bo nie, naprawdę nie planował odbywać tego spotkania w nadmiernym pośpiechu. Chciał odpowiedzi, nie musiał jednak uzyskiwać ich w ciągu najbliższych pięciu minut.
Próbował już i sziszy. Był w Egipcie wystarczająco długo i opuszczał obóz – teleportując się zwykle – dostatecznie często, aby ten lokalny specyfik przyciągnął jego uwagę. Zwłaszcza, że kawa i tytoń stanowiły dwie słabości Cathala, pomagając mu trzymać nerwy na wodzy i, przede wszystkim, nieco lepiej panować nad umysłem, który czasem pamiętał nazbyt wiele. Teraz jednak pokręcił głową.
– Może następnym razem – skwitował Shafiq, bo w tej chwili mieli jeszcze do omówienia i sprawy służbowe, a chociaż szisza nie była narkotykiem i nie przytępiała zmysłów jak one, nie chciał ryzykować, że wpłynie na jego umysł podczas rozmowy o interesach. – Dlaczego? – spytał przekornie na jej stwierdzenie. – Uruchomią pułapki i klątwy, ułatwią nam robotę, a potem i tak dostaną oblivate.
Trochę wyolbrzymiał, bo ostatecznie zwykle wolał pracować w takich miejscach, zanim mugole wejdą do środka. Z konieczności niekiedy współpracowali z mugolskimi historykami i nawet wiedzę jednego czy dwóch Cathal szanował. Ale było to „trochę” wyolbrzymione, bo jednak uważał siebie i każdego czarodzieja za od mugoli lepszego, nie płakałby nad kimś, kto zginął na skutek pojawienia dodatkowej głowy w komnacie nagrobnej jakiegoś magicznego kapłana i zdecydowanie nie wahał się przed ciskaniem na prawo i lewo oblivate w mugoli, gdy uznawał to za konieczne.
Upił łyk swojej kawy po turecku, smakującej kardamonem i cynamonem. Anglicy byli królami herbaty, ale jeżeli chodziło o kawę, zdaniem Cathala nie umywali się do wielu innych krajów świata. Odchylił się na krześle i leniwe spojrzenie niebieskich oczu przesunęło się po wnętrzu, ale nie, nie ściągali jakiejś specjalnej uwagi. Owszem, Shafiq wyróżniał się tu, wzrostem, skórą – nawet spalona przez słońce zdradzała Europejczyka – i przede wszystkim jasnymi włosami, ale co najwyżej czasem ktoś na niego spojrzał, a i nie był jedynym obcokrajowcem w knajpie. Wątpliwe, by ktoś zamierzał słuchać ich rozmowy.
Ponieważ jednak ludzie przy najbliższym stoliku rozmawiali po arabsku, Cathal przeszedł na angielski.
– Mam tekst tłumaczenia i wypisane symbole, co do których mamy wątpliwości. Ale możesz skończyć, zanim na nie spojrzysz – stwierdził, wskazując na jej zamówienie, bo nie, naprawdę nie planował odbywać tego spotkania w nadmiernym pośpiechu. Chciał odpowiedzi, nie musiał jednak uzyskiwać ich w ciągu najbliższych pięciu minut.