Pojawił się, podniosła się powoli, bo tego chyba wymagała kultura, prawda? Nigdy nie była w takim miejscu, nigdy nie uczestniczyła na kolacji w wykwintnej restauracji. Czuła się tu nieswojo, obco, dziko. Czekając na niego czuła jak serce wyleci jej ze stresu poza ciało i będzie biło nad stolikiem niczym rytmiczne wybijanie czasu do wojny. Nie chciała dzisiaj prowadzić wojny, chciała mu pozwolić pokazać jej, że jest dobrym przyjacielem, że potrafi być miły, że ona potrafi być miła. Chciała pokazać mu, że może być jej przyjacielem, że może wejść do jej serca i się w nim zadomowić. Błagała jednak swoje serce, aby nie pozwoliło na zbyt dużo, aby nie zabiło za szybko, aby nie uderzyło uczuciem, którego nie mogli mieć dla siebie. Błagała umysł, aby był silny, aby był logiczny, aby nie dał się tej słabości do jego męskości, do jego zapachu i głosu.
Był przystojny, był uroczy, był Rookwoodem, którego miała nienawidzić, a serce zabiło odrobinę szybciej widząc ten bukiet, widząc jak był ubrany, widząc jego osobę w tym miejscu. Poczuła przyjemne uczucie w podbrzuszu, ale starała się nie okazać słabości i tego, że zrobił na niej ogromne wrażenie. Była spokojna, uśmiechnęła się do niego delikatnie. Zagra w jego grę, da radę, nie upadnie, nie przegra, będzie wojownikiem na wysokim poziomie, który zjada takie kolacje na śniadanie, zjadała je już nim wyszła z łona matki, a Rookwood nie będzie nad nią górował. Jego wąs też się jej spodobał. Był odświeżeniem niechlujnej brody, która powodowała, że był taki młodzieńczo buńczuczny – teraz był poważny i seksowny.
Speszyła się, gdy musnął jej policzek. Chciała się z nim przywitać uściskiem dłoni, ale szybko skierowała ją w stronę bukietu, aby nie wyszło bardziej niezręcznie. Lubiła lawendę, a także lubiła ją suszyć. Ten bukiet jednak był wyjątkowy. Rzadko dostawała bukiety, chyba nigdy nie była na takiej kolacji, nigdy nie była na tego typu spotkaniu. Nie chciała tego nazywać randką, ponieważ to groziło złamanym sercem. Było to spotkanie, spłacenie długu?
– Jestem – odpowiedziała głupio i zajęła na powrót miejsce przy stoliku. Kelner przybył zaraz potem, zostawił karty, zabrał bukiet, który po chwili przyniósł już w ładnym wazonie, aby nie zwiądł. Nie wiedziała, czy będzie mogła go zabrać potem, ale chyba tak? W końcu był dla niej. Stresowała się, było to widać, nie potrafiła ukryć tego stresu i strachu jaki w niej wywołał pojawiając się w tak cudownym wydaniu. Uśmiechnęła się do niego i sięgnęła po kartę. Na chwilę schowała się za nią, aby odetchnąć, a zaraz potem położyła ją na powrót na stoliku. – Co u ciebie? – zagryzła wargę w ten swój naturalny, nieodłączny sposób.