Czuła się odświeżona, młoda, jakby znowu miała naście lat i na nowo poznawała tego człowieka przed nią. W duchu była zadowolona, że usiadł naprzeciwko, a nie obok niej, bo wtedy byłaby zbyt blisko, a to chyba bardziej by ją krępowało. Tak mogła go podziwiać jak zza grubej szyby, chłonąć jego dorosłą wersję, jego dojrzalszy wygląd. Pamiętała, że gdy był w szkole był zadziorny, wiecznie wściekły, mało się uśmiechał, a gdy już to robił był to uśmiech złośliwy, zwiastujący coś złowrogiego. Teraz był uroczy, ciepły i dobry. Gdyby był taki w szkole zapewne nie miałaby siły z nim walczyć, utrudniał jej myślenie racjonalne, utrudniał jej bycie odpowiedzialnym człowiekiem. To miejsce, ta otoczka czegoś, czego nigdy w swoim życiu nie doświadczyła sprawiała, że czuła się jak w bajce, jak w książce romantycznej, w której zakochani idą na pierwszą randkę, a ona nie chciała, aby to była randka. Gdy nazwał ją Mistrzynią Eliksirów pokręciła rozbawiona głową. Lubiła, gdy doceniał jej kunszt, w którym się specjalizowała, lubiła słuchać od niego pochlebstw na temat tego, że była dobra w eliksirach. W końcu to była pierwsza rzecz, która sprawiła, że się do siebie zbliżyli. Gdyby nie eliksiry nigdy nie byłaby dla niego wartościowa, prawda? Nigdy nie byłaby mu potrzebna.
– Lepiej, abyś brał eliksiry ode mnie niż z jakiegoś podejrzanego źródła. Co chwilę docierają do mnie wieści o tym, że ktoś pomieszał dziwne eliksiry i wyszły z tego naprawdę nieprzyjemne rzeczy – ostrzegła z cichym westchnięciem – ale nie ważne, zmieńmy temat. Wolę dzisiaj nie myśleć o pracy. Przydałby mi się odpoczynek – przyznała.
Nie chciała myśleć o sobie w kategoriach kochanki względem Augustusa, wolała myśleć jak o przyjaciółce z dawnych lat, wolała wspominać to jak sobie dokuczali w szkole niż flirtować, chociaż serce się do tego rwało. Bawiła się co jakiś czas naszyjnikiem na szyi, zagryzała wargę i uśmiechała się kokieteryjnie, gdzie nawet tego u siebie nie zauważała. Ewidentnie Augustus się jej podobał, chciała, aby to zauważył, mimo że nigdy nie przyzna się do tego na głos. Robiła te gesty nieświadomie, to jej ciało reagowało tak na jego głos i słowa, które do niej kierował.
– Jesteśmy już dorośli i coś czuję, że nie odpuściłbyś mi nawet jakby cię patelnią odganiała – zaśmiała się cicho. Taka była prawda. Augustus też potrafił być uparty, że potrafił postawić na swoim i nieważne ile razy by mu odmówiła on zapewne nie odpuściłby. Wieczna walka była wręcz absurdalna i męcząca, nie chciała z nim walczyć, nie chciała się też go pozbywać ze swojego życia. Czuła w głębi duszy ten czający się mrok, który przynosił do niej Augustus pod postacią zdrady, ale póki co nic złego nie robią, prawda? To tylko kolacja, okazanie wdzięczności za pomoc. Przyjacielskie spotkanie, w którym oboje wyglądają nieziemsko.
– Po prostu zawsze jestem szczera. Jakby ci ten wąs nie pasował to bym ci to powiedziała – zauważyła delikatnie się pesząc. To fakt, nigdy nie mówiła komplementów, nigdy nie kadziła komuś, aby się przypodobać. Wręcz była szczera do bólu. Zdarzało się jej skłamać, ale tylko wtedy, gdy czuła, że powinna.
Pamiętała prawie każde ich spotkanie w nocy. Zacierały się jedynie słowa, rzeczy, o których rozmawiali, ale jego widok w półmroku, jego zachowanie – to wszystko do niej wracało w snach. Czasami przypominało jej się to jak zakłócał jej przestrzeń osobistą, jak próbował ją speszyć i sprawić, aby się wstydziła jego bliskości. Teraz tęskniła za jego oddechem na policzkach, za jego uściskami, za jego bliskością. Chciałaby, aby to powtórzył, ale w bardziej dorosły sposób i te myśli ją często zabijały, bo nie powinna o nim w ten sposób myśleć. Czasami chciałaby mieć osobę, do której mogłaby wrócić, która odciągnęłaby jej myśli od niego, od węża, którym okazywał się w niektórych momentach Rookwood.
– To mi powiedz – pochyliła się do niego zerkając mu prosto w oczy i delikatnie je mrużąc, a na ustach pojawił się subtelny, delikatny uśmiech.
Lekko się speszyła, ale uratował ją kelner, który zjawił się odebrać zamówienie. Szybko wskazała numerek w karcie biorąc oczywiście danie bez mięsa. Wzięła do tego również lampkę wina. Poczekała, aż Rookwood również zamówi, a kelner zostawi ich samych. Zdecydowała się w tym czasie rozejrzeć dookoła, popatrzeć na mugoli, którzy ich otaczali, jak beztrosko żyli, jak ze sobą rozmawiali. Gdzieś w oddali była grupka mężczyzn, którzy najwyraźniej coś świętowali, było dużo par pochylających się ku sobie w flirciarskich uśmiechach. I byli też oni – niepewni tego jak mają zaklasyfikować to spotkanie, ostrożni, aby nie myśleć, że to randka.
– Co my robimy, Rookwood? – spojrzała w końcu na niego, a jej oczy lekko przygasły, w sercu poczuła bolesne ukłucie. Dlaczego tak skutecznie siebie nawzajem ranili, dlaczego sobie to robili? Dlaczego on robił to jej?