26.08.2023, 17:16 ✶
Kiedy tak upadałem w swoich myślach, obserwowałem ją błagalnie. Miałem nadzieję, że uzdrowi mnie i moje zbolałe serce zgodą na moje warunki, ale to przecież byłoby zbyt proste, zbyt naiwne, zbyt łatwe. Pocieszał mnie jednakże fakt, że ujęła moją dłoń, że nie pozostawiła jej pustej i osamotnionej. To coś znaczyło, jak i to jak na mnie patrzyła, jak i to, co mówiła, a również, podobnie jak ja, mówiła dużo, tym razem nie oszczędzając w słowach, nie bojąc się wypuszczać z piersi to, co tam się w niej mieściło, co ciążyło jej na sercu.
Zamknąłem na moment oczy, rozkoszując się dźwiękiem jej głosu i zamarłem, kiedy je otworzyłem. Wpatrywała się w moją obrączkę, a zaraz później przeniosła spojrzenie na drzwi, na wyjście. Wstrzymałem oddech w oczekiwaniu, ale nie wstała i nie zostawiła mnie samego. To coś znaczyło, prawda? Czy sam siebie oszukiwałem? Czy sam siebie mamiłem?
- Mamy szansę, Avelino... Jeśli tylko zechcesz, możemy mieć szansę. Ja to widzę - odpowiedziałem jej, delikatnie ściskając jej dłoń. Uśmiechnąłem się nieznacznie, z lekkim żalem. Plułem sobie w brodę. Za szybko wyskoczyłem z tym uzewnętrznianiem się, ale pytała. Co mogłem jej rzec? Że przyszliśmy zjeść kolację? I tyle? Mamić ją i kłamać? Nie chciałem tego.
Ale zawiódł mnie mój własny optymizm. Czułem się zbyt lekko, ona również wydawała się być w szampańskim nastroju. Moje myśli pędziły wtedy szybko w tej oczywistej oczywistości, ale dla niej to nie było takie ot... Nie chciałem by wychodziła. Podobnie jak ona... Czuliśmy to samo. Dokładnie to samo. Pragnąłem by to wiedziała.
- Avelino, moje małżeństwo nie musi być przeszkodą... Przyznam z całkowitą szczerością, że nie byłoby mojego małżeństwa, gdyby nie ty - odparłem, zaciskając wargi w poczuciu wstydu, porażki. Jednakże chciałem, by to wiedziała, by była świadoma, jakie żywiłem względem niej uczucia.
- Mój ślub był zaaranżowany. Nie kochałem jej. Nie znałem jej. Była mi obca... Prawie. Znałem ją jedynie jako szkolną koleżankę, nic więcej - mówiłem, wspominając te trudne początki, kiedy opłakiwałem jeszcze znajomość z Aveliną, koniec szkoły, powrót do rzeczywistości, zgrzyty z Ojcem. Wiele się działo. Budziłem się z krzykiem w nocy, zlany potem, a jeszcze postanowiono mnie zaślubić z pierwszą lepszą kobietą. Miałem pecha, że nie byłem aż tak asertywny jak rodzeństwo. Tak... Lepiej byłoby być teraz starym kawalerem, ale bycie mężem i ojcem podwyższało nieco status społeczny. Ustatkowałem się. Miałem stabilne życie prywatne, o ile wśród rodów czystokrwistych można było coś określać mianem prywatnym.
- Nie chciałem jej, a ona nie była zachwycona mną. Wyobrażałem sobie na każdym kroku, że to ty jesteś obok, że jesz nieopodal kolację zaręczynową, że tańczymy razem na bankiecie, idziemy do ołtarza... Miałem sny o tobie, wybacz, ale nie byłem w stanie ich powstrzymać. Odtwarzałem je w sypialni, pragnąc by jej dotyk był twoim dotykiem... Ale nie był. Ale w pewien sposób mnie to ocaliło, oswoiło z sytuacją, a teraz po prostu jesteśmy małżeństwem. Dotarliśmy się i tylko tyle - przyznałem zawstydzony i niepocieszony, bo zdecydowanie lepiej byłoby gdybym do małżonki czuł to samo co do Aveliny, a nie tylko szacunek i dotarcie się. Kochałem ją, ale w inny sposób niż Avelinę. Bardziej z obowiązku, dlatego że wypadało.
- Ja będę na ciebie czekał, kiedy będziesz gotowa... Przyjaźń przyjmuję od ciebie z wielką ulgą - szepnąłem zadowolony, bo ostatnim razem, kiedy zaproponowałem jej przyjaźń, kazała mi iść do diabła. Wkurwiłem się wtedy cholernie, ale czasami bywałem zbyt dumny i zbyt porywczy. - Ale uważam, że już za długo próbowaliśmy unikać, odpychać, wyklinać i przepędzać siebie nawzajem - wyznałem i ścisnąłem jej dłoń ostatni raz. Puściłem ją. Zostawiłem samą. Było mi z tym źle. Pusto. Swędziała mnie dłoń, pragnęła dotykać tej drugiej dłoni...
Ale pomyślałem sobie, że kolacja zaraz będzie podana. Słyszałem zbliżający się stukot butów o posadzkę, więc wyprostowałem się, zastanawiając się, co za chwilę powie mi Avelina.
Zamknąłem na moment oczy, rozkoszując się dźwiękiem jej głosu i zamarłem, kiedy je otworzyłem. Wpatrywała się w moją obrączkę, a zaraz później przeniosła spojrzenie na drzwi, na wyjście. Wstrzymałem oddech w oczekiwaniu, ale nie wstała i nie zostawiła mnie samego. To coś znaczyło, prawda? Czy sam siebie oszukiwałem? Czy sam siebie mamiłem?
- Mamy szansę, Avelino... Jeśli tylko zechcesz, możemy mieć szansę. Ja to widzę - odpowiedziałem jej, delikatnie ściskając jej dłoń. Uśmiechnąłem się nieznacznie, z lekkim żalem. Plułem sobie w brodę. Za szybko wyskoczyłem z tym uzewnętrznianiem się, ale pytała. Co mogłem jej rzec? Że przyszliśmy zjeść kolację? I tyle? Mamić ją i kłamać? Nie chciałem tego.
Ale zawiódł mnie mój własny optymizm. Czułem się zbyt lekko, ona również wydawała się być w szampańskim nastroju. Moje myśli pędziły wtedy szybko w tej oczywistej oczywistości, ale dla niej to nie było takie ot... Nie chciałem by wychodziła. Podobnie jak ona... Czuliśmy to samo. Dokładnie to samo. Pragnąłem by to wiedziała.
- Avelino, moje małżeństwo nie musi być przeszkodą... Przyznam z całkowitą szczerością, że nie byłoby mojego małżeństwa, gdyby nie ty - odparłem, zaciskając wargi w poczuciu wstydu, porażki. Jednakże chciałem, by to wiedziała, by była świadoma, jakie żywiłem względem niej uczucia.
- Mój ślub był zaaranżowany. Nie kochałem jej. Nie znałem jej. Była mi obca... Prawie. Znałem ją jedynie jako szkolną koleżankę, nic więcej - mówiłem, wspominając te trudne początki, kiedy opłakiwałem jeszcze znajomość z Aveliną, koniec szkoły, powrót do rzeczywistości, zgrzyty z Ojcem. Wiele się działo. Budziłem się z krzykiem w nocy, zlany potem, a jeszcze postanowiono mnie zaślubić z pierwszą lepszą kobietą. Miałem pecha, że nie byłem aż tak asertywny jak rodzeństwo. Tak... Lepiej byłoby być teraz starym kawalerem, ale bycie mężem i ojcem podwyższało nieco status społeczny. Ustatkowałem się. Miałem stabilne życie prywatne, o ile wśród rodów czystokrwistych można było coś określać mianem prywatnym.
- Nie chciałem jej, a ona nie była zachwycona mną. Wyobrażałem sobie na każdym kroku, że to ty jesteś obok, że jesz nieopodal kolację zaręczynową, że tańczymy razem na bankiecie, idziemy do ołtarza... Miałem sny o tobie, wybacz, ale nie byłem w stanie ich powstrzymać. Odtwarzałem je w sypialni, pragnąc by jej dotyk był twoim dotykiem... Ale nie był. Ale w pewien sposób mnie to ocaliło, oswoiło z sytuacją, a teraz po prostu jesteśmy małżeństwem. Dotarliśmy się i tylko tyle - przyznałem zawstydzony i niepocieszony, bo zdecydowanie lepiej byłoby gdybym do małżonki czuł to samo co do Aveliny, a nie tylko szacunek i dotarcie się. Kochałem ją, ale w inny sposób niż Avelinę. Bardziej z obowiązku, dlatego że wypadało.
- Ja będę na ciebie czekał, kiedy będziesz gotowa... Przyjaźń przyjmuję od ciebie z wielką ulgą - szepnąłem zadowolony, bo ostatnim razem, kiedy zaproponowałem jej przyjaźń, kazała mi iść do diabła. Wkurwiłem się wtedy cholernie, ale czasami bywałem zbyt dumny i zbyt porywczy. - Ale uważam, że już za długo próbowaliśmy unikać, odpychać, wyklinać i przepędzać siebie nawzajem - wyznałem i ścisnąłem jej dłoń ostatni raz. Puściłem ją. Zostawiłem samą. Było mi z tym źle. Pusto. Swędziała mnie dłoń, pragnęła dotykać tej drugiej dłoni...
Ale pomyślałem sobie, że kolacja zaraz będzie podana. Słyszałem zbliżający się stukot butów o posadzkę, więc wyprostowałem się, zastanawiając się, co za chwilę powie mi Avelina.