26.08.2023, 17:18 ✶
Nie chciałem jej stracić. Tak bardzo nie chciałem jej stracić. Pragnąłem jej wyznać to wszystko, co się we mnie zbierało przez te lata rozłąki, ale miałem wrażenie, że z każdym kolejnym słowem tracę ją coraz bardziej. Podchodziłem pod panikę. Lawirowałem na palcach po linie niepewności. Chybotałem się. Zastanawiałem się, kiedy z niej zlecę, kiedy będę spadał w dół, by w końcu znaleźć się na dole w postaci nieprzyjemnej miazgi. Momentami miałem wrażenie, że moje serce już się tam znajdowało i tylko czekało, kiedy dołączy do niego reszta mojego ciała, a kiedy usłyszałem słowo egoista, zamarłem, dostałem zawału i czułem jak lecę w dół. Dosłownie. Robiłem to. Musiałem to robić w czasie rzeczywistym.
Aż złapałem się stołu, niepewny, czy faktycznie byłem w stanie utracić kontakt z rzeczywistością. Zamknąłem oczy. Nie chciałem patrzeć... Jej spojrzenie... To nie była moja Avelina. To nie mogła być moja Avelina. Te oczy były zbyt podłe, zbyt okrutne.
Pragnąłem zniknąć, zapaść się pod ziemię. Nie chciałem się tak czuć. Preferowałem spokój, ten błogi stan, który towarzyszył mi przy niej jeszcze chwilę temu. Tak niedawno, a zarazem tak odlegle. Może miała rację? Może łudziłem się jak kretyn? Miałem rodzinę, tę cudowną rodzinę. Kochałem ich, ale… nie tak bardzo jak Ją. Może nie byłem wystarczająco dobry by zasłużyć na Nią? Chociażby na odrobinę szczęścia?
Leciałem w dół. Leciałem cholernie długo. Pragnąłem już uderzyć w ziemię, pragnąłem roztrzaskać się i przestać myśleć.
Miałem ogromną dziurę w sercu. W tej chwili nie wiedziałem już niczego. Naszły mnie wątpliwości. Może nawet przyjaźń była złym pomysłem? Wszystko? Byłem potworem. Zadając się z Aveliną, zagrażałem jej życiu - o tym jakoś nie byłem łaskawy pomyśleć. O jej przyszłości, jej marzeniach, priorytetach. Miałem rodzinę, więc jej nie potrzebowałem, ale ona…? Miała rację. Byłem egoistą. Byłem dupkiem i egoistą.
Otworzyłem oczy, ale nie patrzyłem na nią. Skupiłem się na kieliszku wina. Przełknąłem ślinę i skosztowałem odrobinę. Zaskakujące, że tym razem nie koiło bólu, wręcz nie chciało przejść przez mój ściśnięty przełyk. Cierpiałem, kiedy wypowiadała moje imię. Robiła to prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu, a ja nie potrafiłem się w tym pławić.
- Masz rację. Zapomnij. Wybacz - odparłem sztywno, unikając kontaktu wzrokowego. Skinąłem mechanicznie głową. Przestałem się łudzić. To było takie... głupie. Powinienem skupić się na pracy, rodzinie, nauce i rozbojach. Praca, rodzina, nauka i rozboje. Choćbym się bardzo starał, nie mogłem wcisnąć tam spotkań z Aveliną Paxton. Miałem obowiązki, obowiązki, dużo obowiązków. Pracę. Rodzinę. Naukę. Rozboje. Spotkania z Ojcem. Sztywne bankiety. Siostrę, która niebawem zniknie i zostanę sam.
Chyba straciłem apetyt. Miałem nadzieję, że przypalą tę kaczkę. Nie chciałem jej jeść. Nie mogłem. Gardziłem nią i wszystkim innym, gdyż los był nie fair.
Ścisnąłem prawą dłoń w pięść, po czym wyprostowałem. Powtórzyłem tę czynność kilka razy, byleby nie stracić kontaktu z rzeczywistością, by nie oddać się czystej furii. Spokój. Kolacja. Zmiana tematu.
- Przepraszam. Dałem się ponieść fantazjom - odparłem, przywdziewając maskę ułożonego Augustusa Rookwooda. Przesadziłem. Łudziłem się nadzieją, a była przecież matką głupich. Nawet nie chciałem myśleć, co by powiedział Ojciec na ten teatrzyk. Upiłem wina - nieco lżej mi przeszło przez przełyk, po czym spojrzałem na Avelinę. Spokój. Kolacja. Zmiana tematu. - Jak się czujesz po zdjęciu klątwy? Już nie nawiedza cię nic niepowołanego? - zapytałem tonem, który był taki charakterystyczny dla tych wszystkich bankietów, gdzie wszyscy grali dostojnych, niezaangażowanych zanadto, przegrzecznych, ale wystawiających ciekawie uszy w celu złapania pierwszych lepszych plotek w swoje pazury. Budowałem mur, dzięki któremu ochronię siebie i innych przede mną.
Aż złapałem się stołu, niepewny, czy faktycznie byłem w stanie utracić kontakt z rzeczywistością. Zamknąłem oczy. Nie chciałem patrzeć... Jej spojrzenie... To nie była moja Avelina. To nie mogła być moja Avelina. Te oczy były zbyt podłe, zbyt okrutne.
Pragnąłem zniknąć, zapaść się pod ziemię. Nie chciałem się tak czuć. Preferowałem spokój, ten błogi stan, który towarzyszył mi przy niej jeszcze chwilę temu. Tak niedawno, a zarazem tak odlegle. Może miała rację? Może łudziłem się jak kretyn? Miałem rodzinę, tę cudowną rodzinę. Kochałem ich, ale… nie tak bardzo jak Ją. Może nie byłem wystarczająco dobry by zasłużyć na Nią? Chociażby na odrobinę szczęścia?
Leciałem w dół. Leciałem cholernie długo. Pragnąłem już uderzyć w ziemię, pragnąłem roztrzaskać się i przestać myśleć.
Miałem ogromną dziurę w sercu. W tej chwili nie wiedziałem już niczego. Naszły mnie wątpliwości. Może nawet przyjaźń była złym pomysłem? Wszystko? Byłem potworem. Zadając się z Aveliną, zagrażałem jej życiu - o tym jakoś nie byłem łaskawy pomyśleć. O jej przyszłości, jej marzeniach, priorytetach. Miałem rodzinę, więc jej nie potrzebowałem, ale ona…? Miała rację. Byłem egoistą. Byłem dupkiem i egoistą.
Otworzyłem oczy, ale nie patrzyłem na nią. Skupiłem się na kieliszku wina. Przełknąłem ślinę i skosztowałem odrobinę. Zaskakujące, że tym razem nie koiło bólu, wręcz nie chciało przejść przez mój ściśnięty przełyk. Cierpiałem, kiedy wypowiadała moje imię. Robiła to prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu, a ja nie potrafiłem się w tym pławić.
- Masz rację. Zapomnij. Wybacz - odparłem sztywno, unikając kontaktu wzrokowego. Skinąłem mechanicznie głową. Przestałem się łudzić. To było takie... głupie. Powinienem skupić się na pracy, rodzinie, nauce i rozbojach. Praca, rodzina, nauka i rozboje. Choćbym się bardzo starał, nie mogłem wcisnąć tam spotkań z Aveliną Paxton. Miałem obowiązki, obowiązki, dużo obowiązków. Pracę. Rodzinę. Naukę. Rozboje. Spotkania z Ojcem. Sztywne bankiety. Siostrę, która niebawem zniknie i zostanę sam.
Chyba straciłem apetyt. Miałem nadzieję, że przypalą tę kaczkę. Nie chciałem jej jeść. Nie mogłem. Gardziłem nią i wszystkim innym, gdyż los był nie fair.
Ścisnąłem prawą dłoń w pięść, po czym wyprostowałem. Powtórzyłem tę czynność kilka razy, byleby nie stracić kontaktu z rzeczywistością, by nie oddać się czystej furii. Spokój. Kolacja. Zmiana tematu.
- Przepraszam. Dałem się ponieść fantazjom - odparłem, przywdziewając maskę ułożonego Augustusa Rookwooda. Przesadziłem. Łudziłem się nadzieją, a była przecież matką głupich. Nawet nie chciałem myśleć, co by powiedział Ojciec na ten teatrzyk. Upiłem wina - nieco lżej mi przeszło przez przełyk, po czym spojrzałem na Avelinę. Spokój. Kolacja. Zmiana tematu. - Jak się czujesz po zdjęciu klątwy? Już nie nawiedza cię nic niepowołanego? - zapytałem tonem, który był taki charakterystyczny dla tych wszystkich bankietów, gdzie wszyscy grali dostojnych, niezaangażowanych zanadto, przegrzecznych, ale wystawiających ciekawie uszy w celu złapania pierwszych lepszych plotek w swoje pazury. Budowałem mur, dzięki któremu ochronię siebie i innych przede mną.