Miała wrażenie, że Augustus żył w jakiejś pieprzonej bańce zapominając o tym, że to nie jest książka, że to niej opowieść, którą można nagiąć pod ich szczęście. Nie da rady zmienić ich pochodzenia. On nie rozumiał, że nie miała czasu na romanse, że nie miała czasu na zranione serce. Wokół świat szykował się do wojny, nie miała gwarancji, że ktoś nie napadnie sklepu, w którym pracowała w imię idei czystej krwi. Nie miała gwarancji, że jak wejdzie do domu, czy nie dostanie wiadomości od Erika, że Danielle nie żyje, że komuś jej bliskiemu stała się krzywda. Augustus nie musiał obawiać się, że ktoś z jego rodziny ucierpi. Klasyfikował się do tych, którzy mogli być bezpieczni, których te idee nie dotykała. Patrzyła na niego z cierpieniem w oczach, nie było tam pogardy, była tam czysta, bolesna miłość, której nie mogła mu dać, której nie mogła otwarcie odwzajemnić. Cholernie chciała odpocząć, chciała wpaść w jego serce, chciała czuć to wszystko o czym czytała. Chciała założyć rodzinę, urodzić dziecko, żyć beztrosko. Chciała rzucić pracę, aby w końcu ktoś o nią zadbał, a zamiast tego była na niby-randce, z niby-partnerem. Oparła łokieć na blacie stołu zastanawiając się; dlaczego jeszcze nie opuściła tego miejsca, drzwi były tak blisko. Jej wzrok cały czas jednak śledził zachowanie jej towarzysza.
Widziała jak bardzo zabolały go jej słowa, widziała jak bardzo był zdruzgotany, że nie był świadomy tego, że można na to patrzeć w ten sposób. On był tak cholernie prosty, ciepły, w świecie, gdzie pływały rekiny on musiał udawać, że jest jednym z nich. Nie, Avelina nigdy nie zrozumie jego świata, nie zrozumie tego, że z taką beztroską proponował jej romans, że nie zastanowił się na temat tego, że mogła mieć jakiegokolwiek innego partnera, nie pomyślał, że mogła być z kimś zaręczona, nie pomyślał, że mogła po prostu szukać stabilności. Oczekiwał, że będzie dla niego, będzie mu oddana, rzuci życie, aby poświęcić mu ten czas, gdy znudziła go jego żona.
Wyciągnęła do niego dłoń, położyła ją na jego dłoni jeśli jej na to pozwolił. Patrzyła mu w oczy. Jej złamany, zagubiony książę. Mały królewicz, który chciał układać swój świat po swojemu, który chciał sterować ludźmi pod swoje wyobrażenie i potrzeby. Królewicz, który zapominał, że ona nie może na niego wiecznie czekać, że nie może pogodzić się z tym, że ma się nim dzielić z inną kobietą. Chciała jego uczucia mieć dla siebie, jego osobę, która będzie codziennie obok niej zasypiać i budzić się, a nie wymykać się o północy jak Kopciuszek wracając do żony i dzieci. Westchnęła ciężko.
– Nie, nie zapomnę tego, co mi powiedziałeś – szepnęła – ale tak będzie lepiej, lepiej jeśli nie będziemy sobie wmawiać, że możemy być kimś więcej niż przyjaciółmi. Tym razem nie chce cię porzucać, ale nie możesz oczekiwać ode mnie, że poświęcę się cała dla ciebie nawet jeśli będę cierpieć z tego powodu – ujęła jego dłoń i niepewnie ucałowała jego wierzch. Chciałaby zrobić więcej, chciałaby usiąść obok niego i poczuć jego usta na swoich, ale nie mogła. Dziękowała bogom za ten solidny stół między nimi. Wyprostowała się i upiła kolejny łyk wina. Uśmiechnęła się nawet do niego, ale w oczach nadal był ból.
– Nie przepraszaj – dodała jeszcze i spojrzała na przekąski. Na razie straciła apetyt, ale wino było naprawdę dobre, lepsze od zimnej wody. – Urodziliśmy się w złych czasach – powiedziała lekko zamyślona. Może ich dusze spotkają się w innych wcieleniach, w innych czasach i jeszcze będzie dane być im razem. – Jest lepiej, działam na lepszych obrotach niż wcześniej. Tamte uczucia uleciały w eter i poczułam jak kamień spada mi z serce. – Pojawił się niestety jeszcze jeden, kamień który odsłonił grotę z wspomnieniami o Rookwoodzie. – A jak twoje dzieci? Kiedy idą do szkoły? – uśmiechnęła się ciepło. Była nawet zadowolona, że Augustus miał dzieci, było w tym coś uroczego. Bolesnego, ale uroczego i ciepłego.