Avelina nigdy nie zwracała uwagi na sport, wręcz go nie lubiła. Zawsze było tam dużo ludzi, ogrom krzyku, hałasu i potu, który sprawiał, że dziewczyna czuła się niekomfortowo. W szkole czas kiedy rozgrywały się mecze domów ona siedziała w bibliotece lub zwiedzała korytarze Hogwartu. Jeśli drużyna jej domu wygrywała uczestniczyła w zabawie i świętowaniu, ale tylko chwilę, aby pokazać, że wspiera Ravenclaw, ale szybko uciekała, chowała się w swoim dormitorium czytając książki. Teraz siedziała w pracy, wolała nie zapuszczać się na Mistrzostwa, nie miała nawet ochoty śledzić wyczynów drużyn w gazetach. Czasami coś się jej rzuciło w oczy, ale nie przywiązywała szczegółów. Raczej czytała informacje ze świata o tym, czy ktoś gdzieś nie odkrył nowej roślinki lub nie stworzył nowego eliksiru. To były informacje godne jej pamięci. Czasami też śledziła karierę Rookwooda jeśli jego nazwisko pojawiło się w gazecie.
Avelina rzadko piła, a jak już piła to rano miała ogromnego kaca. W ostatnim czasie jednak sięgała zbyt często po wino, zbyt często jej nogi wędrowały do gabinetu jej ojca, gdzie mężczyzna składował wino z całego świata i to, które zrobiła jej rodzina. Wino było zaskakującym trunkiem, ale wolała zwykle wypić whisky bo szybciej i mocniej łapało za głowę i ściągało w dół upojenia. Wino atakowało z zaskoczenia, a Ave nie lubiła niespodzianek. Wolała mieć plan; ułożony od a do z po kolei i zaplanowany. Wino tego nie dawało. Najpierw rozkoszowałeś się jego smakiem – jedno było wytrawne, miało ostry i cierpki smak, a następne miało słodki i przyjemny, a przy kolejnym leżałeś na podłodze, albo śpiewałeś szanty stojąc na stole kuchennym.
– Ja, jak byłam dzieckiem to jeździłam często do moich dziadków i czasami wysyłali mnie do mugolskiej szkoły. Była tam taka super nauczycielka, że pamiętam ją do teraz, a było to naprawdę dawno temu – powiedziała z rozmarzeniem. Powiedziała to też trochę specjalnie, jakby chciała mu pokazać, że jest między nimi ogromna przepaść w wychowaniu. On załatwia dzieciom Guwernera, a ona chodziła do mugolskiej szkoły, gdy jej rodzice wyjeżdżali w podróże.
Gdy wspomniał, że od niedawna ma córkę poczuła ukłucie zazdrości? Złości? Czegoś negatywnego, ale nie okazała mu tego. Zachowała neutralny wyraz twarzy upijając łyk wina. Płodził dzieci jak królik, a potem przychodził do niej i wkładał do jej głowy słowa o jego uczuciach do niej, proponował niemoralne rzeczy, a w domu miał dziecko, które potrzebowało jego opieki. Wiedziała, że pewnie mają mnóstwo opiekunek, bo było go na to stać, ale sam fakt.
– Mam dla ciebie prostsze rozwiązanie tej niewiedzy niż zaglądanie w dokumenty – na jej ustach pojawił się delikatnie złośliwy uśmiech, taki typowo Avelinowy, który posyłała tylko mu, tylko przy nim wychodził ten zadziorny jad, którym go tak do siebie przyciągnęła. – Zapytaj swojej żony – teraz powinna nastąpić eksplozja w jego umyśle, że sam na to nie wpadł. Jego żona na pewno pamięta każdą sekundę z dnia, w którym rodziła ich córkę. Ciekawe, czy był przy niej, gdy to się działo, czy chodził po mieście i szukał kochanek. Nie wiedziała czemu miała wobec niego tyle złośliwości. Może to frustracja, że to nie ona jest na miejscu jego żony, ale czy chciałaby być z takim człowiekiem? Miała wobec niego ogrom mieszanych uczuć i nie potrafiła się określić. Wypiła kolejną lampkę wina, a w tym czasie kelner przyniósł ich zamówienie. Życzył im smacznego, zapytał, czy podać coś jeszcze i poszedł dalej. Avelina zabrała się za konsumowanie wegetariańskiego jedzenia czując, że jest naprawdę głodna.
– Byłoby łatwiej być wiecznie dzieckiem, nie? – zapytała zamyślona. – Nie musieć podejmować trudnych decyzji, które mogą zaważyć o naszym życiu – westchnęła.
Gdy zaczął mówić o tym, że obawia się Czarnego Pana ledwo powstrzymała się przed prychnięciem. Oboje zdawali sobie sprawę, że to ona z ich dwójki była najbardziej zagrożona, że to ci którzy jawnie mówią o tym, że krew nie ma znaczenie. Nie rodzina Rookwoodów, którzy byli czyści, a w szkole nie raz nazwał ją córką szlamy. Bolało to wspomnienie, a wryło się w jej pamięć tak mocno, że tej jednej rzeczy nie mogła mu wybaczyć nie ważne jak bardzo będzie jej pomagać.
– Rozumiem. Sama obawiam się o swoje życie, o życie moich przyjaciół. Jeśli nie będziesz się wychylać tobie nic nie grozi. Twój status daje ci ochronę, ale mój? – uśmiechnęła się gorzko kręcąc głową. – Nie rozmawiajmy o tym, codziennie boję się o życie mojego ojca, codziennie boję się, że ktoś dotrze do niego nawet tam za granicą, tam w jego szalonych podróżach, że ktoś wejdzie do mojej pracy i coś mi zrobi, bo nie mam odpowiedniego drzewa genealogicznego – wyrzuciła z siebie zaciskając zęby zbyt mocno.