Avelina rozumiała jego przeszłość, widziała jak bardzo stresował się życiem w szkole, jak bardzo zmieniał się, gdy otaczał ich mrok nocnych schadzek podczas jego dyżurów. Nie chciał tego okazywać, ale łatwo wyłapywała półsłówka i metafory, które rzucał w eter myśląc, że była na tyle głupią szlamą, że tego nie wyłapie i nie zrozumie. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak bardzo chciał ją w sobie rozkochać teraz, gdy w szkole pokazywał jej, że jest od niego gorsza i głupsza, dlaczego próbował wmówić jej, że jest dla niego ważna? Sama byłaby w stanie go pokochać, ale czułaby się bezpieczniej, gdyby to była nieodwzajemniona miłość. Łatwiej by jej było pogodzić się z tym, że nie mogłaby być z nim. Gdyby jej nie kochał mogłaby go kochać, mogłaby snuć o nim marzenia, a gdy jest świadoma tego, że jest dla niego istotną osobą przeszkadza jej jego żona, a nie miłość.
– To nie jest zasługa innych osób, tylko twoja – powiedziała patrząc mu w oczy. – Ty wykorzystałeś swoje otoczenie, możliwości, które ci dają i jesteś w odpowiednim dla ciebie miejscu. Tam gdzie chciałeś być i nie zapominaj o tym. To ty jesteś panem swojego losu, a nie osoby, które cię otaczały – spuściła wzrok nie mając na tyle siły, aby w nie patrzeć.
Cierpiała z powodu jego obecności, cierpiała z powodu możliwości rozmowy z nim. Nie wiedziała, że tak bardzo tęskniła za jego głosem i obecnością. Przez te wszystkie lata starała się go zapomnieć, pożegnać, jej umysł jednak co kilka nocy odtwarzał w snach ich spotkania, ponowne i te przeszłe, a jej serce krwawiło. Starała się je zaleczyć plastrami, ale nie było to nic silnego. On teraz się pojawił i zrywał brutalnie te plastry uświadamiając jej, że spieprzyła żegnając się z nim tamtego dnia w szkole. Powinna była nie pozwolić mu odejść, powinna była się z nim spotkać w wakacje i wyznać mu miłość. Może teraz nie raniłaby go tak mocno.
Zobaczyła ten grymas na jego twarzy kątem oka. Powiedziała coś nie tak? Sprawiła mu znowu przykrość? Dlaczego tak łatwo przychodziło jej krzywdzenie go? Może miał rację, że powinna być w Slytherinie, a nie w Krukonach? Może miał rację, że jej serce było przepełnione jadem? Może miał rację, że była podłą kreaturą, która odrzucała każdego, kto chciał jej dać odrobinę miłości? Czy była złą osobą? Zagryzła znowu wargę czując jak nerwy zjadają jej serce i żołądek. Jej spojrzenie spoczęło na jedzeniu.
– Ja również życzę ci, aby twoja rodzina była bezpieczna i żebyś się nie musiał o nic martwić – szepnęła – żeby jedynym twoim zmartwieniem był stłuczony wazon – dodała. Tak, stłuczone wazony powinny być najbardziej zamartwiającą rzeczą ojca, a nie niebezpieczeństwo niesione przez podłe kreatury, a nie odrzucenie, które ona z siebie kieruje do niego, a nie szpilki, które wbijała mu w serce, aby w końcu sobie ją odpuścił. – Smacznego, zjedzmy w ciszy. – szepnęła.
Tak cholernie się bała, tak cholernie doskwierała jej samotność, tak cholernie pragnęła, aby ktoś ją przytulił i pocałował, aby ktoś dał jej dziecko, rodzinę, dom, miejsce, do którego mogłaby wrócić i czuć się bezpiecznie.
Wino, czerwony trunek ponownie wylądował w jej ustach. Spojrzenie było już delikatnie mętne, a jedzenie w połowie zjedzone. Zamyśliła się na długo, a Augustus mógł podziwiać jej spokojną osobę. Piła i truła się alkoholem, a jej myśli galopowały przez pastwiska wspomnień.
– Wiesss… – zaczęła czując jak język się jej plątał. Odezwała się dopiero pod koniec konsumowania jedzenia, nie rozmawiała, nie chciała rozmawiać, bo chciała wypić i rozluźnić swój umysł, chciała ciszy. – Ja… kocham... – spojrzała mu w oczy i był to chyba błąd, bo wystraszyła się bardziej niż była dotychczas. – Ja… muszę już… iść – mówiła ciężko, słychać było, że alkohol zawładną jej umysłem, a ona nie myśląc za wiele podniosła się, zebrała swoje rzeczy i ruszyła do wyjścia. Nie wiedziała, czy chciała, by Augustus szedł za nią, ale na pewno musiał zapłacić i na pewno bez uregulowania rachunku go nie wypuszczą. Chwiała się na obcasach, ale udało się jej wyjść na zewnątrz, na chłodną, letnią noc.