26.08.2023, 20:47 ✶
Ech, chciałem rzec, że można by ubić samego Ministra Magii, bo bym chętnie złapał jego ciepłą posadkę żeby w końcu tatuś był ze mnie dumny, ale żebym dostał się na stanowisko Ministra Magii, to tych zgonów musiałoby być prawie całe Ministerstwo Magii, a jak Sauriel raczył wspomnieć, bywał nieco leniwy. Nie było co go obciążać całą masą zleceń, szczególnie że i tak miał napięty grafik. Z tą klątwą choćby.
- Przyznam szczerze, że trzeba by wybić tę całą bandę hien z mojego działu... Niby kostnica... Śmiesznie, fajnie... Wszystko to pozory, gierki. Jakbym bywał na nudnych spotkaniach towarzyskich. Jedyną prawdziwą i naturalną rzeczą w tej robocie są trupy - zauważyłem, krzywiąc się nieco i tak łypiąc na karafkę z whisky, ale Sauriel trafnie zauważył, że dobrze, że wypiłem dwie szklanki. A nie trzy, cztery albo dziesięć. Nie powinienem przesadzać, bo końcu nogi się pomylą, ile zostało wypitych na którą z nich. Ostatecznie wyląduję na podłodze, gubiąc przy okazji resztki godności.
- Cóż, przynajmniej mam doborowe, martwe towarzystwo, więc na razie przy tym poprzestańmy, szczególnie że zgłębiam co nieco z okultyzmu, nekromancji, więc tym bardziej doborowe to dla mnie towarzystwo - zauważyłem z uznaniem, kiwając głową, po czym wstałem z fotela by nieco przemieszać to wszystko, zerknąć jak się ma, bo nie można było przesadzić z temperaturą i też dodać barwnik.
- Ale jak przyjdzie kogoś zabić, nie omieszkam się zgłosić - odparłem pół żartem, pół serio. Szczerze? Przerażała mnie wizja zabijania. Czułem, że to granica, której raczej nie powinienem przekraczać. Przynajmniej czułem opory przed jej przekroczeniem, więc cieszyłem się, że Vespera mnie w pewien sposób kryje z tym defektem. Byłem świadom, że w końcu będę musiał to zrobić, szczególnie że zarówno Ojciec, jak i Voldemort do idiotów nie należeli i widzieli więcej niż można by się spodziewać. Przerażało mnie to. Cały ten temat. Między innymi robiłem wszystko inne, doszkalałem się by być na inne sposoby przydatnym. A to jako medyk, a to jako antropolog, trochę nekromanta... Z tym świeczkowym w rodzinie za bardzo się nie obnosiłem. Nie sądziłem by Voldemort pokochał mnie za to, że zrobię mu świeczunię w odcieniu ogórkowego szmaragdu.
- Swoją drogą, głupio postępują - odparłem, odnosząc się już stricte do wampirzego tematu. - Gdyby trzymali się razem, bardziej mogłyby poznawać swoją naturę, a przy okazji zbudować większy respekt wokół swojego grona. Wiesz, jednością silni - zauważyłem, mieszając ten letni wywar. Były jeszcze granulki, więc trzeba było jeszcze czekać aby potem świeca równo się paliła.
- Ale z wampirami jest trochę jak z kotami, prawda? Bez urazy, rzecz jasna. Chodzi mi o indywidualizm i chodzenie własnymi ścieżkami... Tylko teoretyzuję, bo wśród wampirów znam prawdopodobnie tylko ciebie - odparłem, rozwijając się tylko przez whisky, które powoli zaczynałem odczuwać. Nie na tyle by czuć się pijanym, ale na tyle by dodać sobie nieco odwagi w obyciu.
- Przyznam szczerze, że trzeba by wybić tę całą bandę hien z mojego działu... Niby kostnica... Śmiesznie, fajnie... Wszystko to pozory, gierki. Jakbym bywał na nudnych spotkaniach towarzyskich. Jedyną prawdziwą i naturalną rzeczą w tej robocie są trupy - zauważyłem, krzywiąc się nieco i tak łypiąc na karafkę z whisky, ale Sauriel trafnie zauważył, że dobrze, że wypiłem dwie szklanki. A nie trzy, cztery albo dziesięć. Nie powinienem przesadzać, bo końcu nogi się pomylą, ile zostało wypitych na którą z nich. Ostatecznie wyląduję na podłodze, gubiąc przy okazji resztki godności.
- Cóż, przynajmniej mam doborowe, martwe towarzystwo, więc na razie przy tym poprzestańmy, szczególnie że zgłębiam co nieco z okultyzmu, nekromancji, więc tym bardziej doborowe to dla mnie towarzystwo - zauważyłem z uznaniem, kiwając głową, po czym wstałem z fotela by nieco przemieszać to wszystko, zerknąć jak się ma, bo nie można było przesadzić z temperaturą i też dodać barwnik.
- Ale jak przyjdzie kogoś zabić, nie omieszkam się zgłosić - odparłem pół żartem, pół serio. Szczerze? Przerażała mnie wizja zabijania. Czułem, że to granica, której raczej nie powinienem przekraczać. Przynajmniej czułem opory przed jej przekroczeniem, więc cieszyłem się, że Vespera mnie w pewien sposób kryje z tym defektem. Byłem świadom, że w końcu będę musiał to zrobić, szczególnie że zarówno Ojciec, jak i Voldemort do idiotów nie należeli i widzieli więcej niż można by się spodziewać. Przerażało mnie to. Cały ten temat. Między innymi robiłem wszystko inne, doszkalałem się by być na inne sposoby przydatnym. A to jako medyk, a to jako antropolog, trochę nekromanta... Z tym świeczkowym w rodzinie za bardzo się nie obnosiłem. Nie sądziłem by Voldemort pokochał mnie za to, że zrobię mu świeczunię w odcieniu ogórkowego szmaragdu.
- Swoją drogą, głupio postępują - odparłem, odnosząc się już stricte do wampirzego tematu. - Gdyby trzymali się razem, bardziej mogłyby poznawać swoją naturę, a przy okazji zbudować większy respekt wokół swojego grona. Wiesz, jednością silni - zauważyłem, mieszając ten letni wywar. Były jeszcze granulki, więc trzeba było jeszcze czekać aby potem świeca równo się paliła.
- Ale z wampirami jest trochę jak z kotami, prawda? Bez urazy, rzecz jasna. Chodzi mi o indywidualizm i chodzenie własnymi ścieżkami... Tylko teoretyzuję, bo wśród wampirów znam prawdopodobnie tylko ciebie - odparłem, rozwijając się tylko przez whisky, które powoli zaczynałem odczuwać. Nie na tyle by czuć się pijanym, ale na tyle by dodać sobie nieco odwagi w obyciu.