Oczywiście, że to było konieczne. Gdyby nie było, to nie żądałaby pokazania notatek! Zamiast odpowiedzi słownej, Borgin został spiorunowany wzrokiem. Wzięła więc je do rąk i zaczęła oglądać, czytając uważnie… starając się przynajmniej odcyfrować Stanleyowskie hieroglify. Nie było nawet tak źle. Bazgroły Sauriela była w stanie odczytać, to i z Borginem sobie poradziła. Musiała co prawda pokręcić trochę głową, albo zeszytem, ale się udało. Nawet…. Były nawet solidne, nie licząc tego że chyba połowa notatek to były skreślenia. W końcu dotarła do tych najświeższych.
- Źle napisałeś. Chodzi o to, żeby ich NIE poparzyć – przypomniała i za pomocą różdżki mu skreśliła to co źle i dopisała drukowanymi literami to co dobrze. Cmoknęła jeszcze kilka razy i zeszyt wrócił do właściciela. - Mój drogi, trzeba naprawdę wiele, żebym zaczęła się denerwować – Victoria była wszak oazą spokoju. Kwiatem lotosu na niczym nie zmąconej tafli jeziora (tak, bez przekleństw!). Właściwie to Sauriel… Heh. Ten miał talent do tego, by ją z równowagi wyprowadzać, biorąc pod uwagę to, co właśnie powiedziała, bo mu się to udało tak… ze dwa razy. Raz, jak przestała się do niego odzywać, wyszła ze spotkania nawet przed północą i sylwestrową noc spędziła z dala od towarzystwa wampira, i drugi raz – jak pchnął ją na ścianę.
- No było. Pierwsze albo drugie zajęcia zielarstwa, pierwszy rok nauki – potwierdziła, skrzywiona nieco. Podstawy podstaw. Sam początek nauki, na której bazowało wszystko, co z roślinami związane. - Słuchaj no, Borgin. Będę ci mówić prawdę, bo rośliny nie zasługują na to, żeby ci ściemniać. To trzeba zrobić porządnie. Po-rzą-dnie – przesylabowała nawet, żeby dotarło, do jednego i drugiego. Ale nie mogła się obejść wrażeniu, ze Sauriel to po prostu tutaj wewnętrznie kisnął. - Nie mówię ci tego złośliwie tylko z troski. Jesteśmy na etapie, że wszystko można jeszcze naprawić i będzie idealnie. Rozumiesz? – nie była to żadna przepowiednia, bo z Victorii to była wróżbitka żadna. Znała się na tym tyle co na Quidditchu, czyli jakoś tak… no mało. Stek bzdur i bajania, tyle. No chyba, ze trafił się jakiś faktycznie prawdziwy wróżbita… Takiemu Dolohovovi akurat wierzył, że widzi jakieś tam symbole. Czy inne znaki. - Chwila, chwila, panowie. Po malutku. Tutaj kawałek tylko proszę rozkopać – wskazała palcem kawałek poletka, z dala od posadzonych już tam ogóreczków. I pilnowała, żeby Sauriel za dużo jednak nie wykopał. - Stop – powiedziała też, żeby nie było żadnych wątpliwości, kiedy należy przestać. I kiedy Sauriel przestał, to kucnęła przy ziemi i przysunęła swoją różdżkę, by móc zobaczyć dokładnie. Potem nawet dźgnęła ziemię kilka razy różdżką, a ostatecznie wzięła ją do ręki, by zobaczyć w dłoniach jak się sprawa ma. - No. Nie ma źle. Ta twoja ciotka ma pojęcie o roślinach. Tu wszystko jest przygotowane. No dobrze, to możecie kopać dalej, żeby resztę ogórków z doniczek przesadzić – stwierdziła i wyprostowała się, klaszcząc dłońmi, by pozbyć się resztek ziemi.- To wy kopcie, a ja się napiję – przecież ona nie będzie kopać. Wiadomo już kto tu jest kierownikiem imprezy, a kto robotnikiem.