Biorąc do kupy wszystko co się stało, Victoria była bliska powiedzenia, że już nie służy żadnej bogatej babie, ale decyzja jeszcze nie zapadła i na pewno nie mówiła o tym głośno, reszta mogła więc uważać ją za tę „lepszą”. Tylko co to znaczyło, że była lepsza? Że nie musiała robić tych wszystkich uwłaczających rzeczy? Że nie traktowano jej jak własność? Że można z nią było robić, co tylko chciano? Czy może po prostu więcej zarabiała?
Nie było czasu analizować reakcji pani Sterling, ani tego, co jeszcze zostało powiedziane, skoro na korytarzu tyle się działo. Ostatecznie całą trójką pobiegli za Geraldine, nawet Fanny się zdecydowała, światła zgasły, część migała – to był bardzo dziwny znak – a to co tam zastali…
Victoria przez moment patrzyła bezrozumnie na scenę, na leżącego jak długi Weissa, wielkiego chłopa i kulącego się Elijaha. Na wygięcie w drewnianej ścianie, na krwawy rozbryzg, na stróżkę krwi cieknąca z jego skroni… Poczuła jakby w żołądku miała lód, jak wnętrzności jej się skręciły, oczy rozszerzyły, gdy patrzyła na całą scenę, a fakty docierały do niej powoli. Bardzo powoli.
Jakim cudem ten facet tak zarył w ścianę, że tak ją wygiął? Dzieciak mógł się tak zachowywać z szoku, ale tu się nie dodawało dwa do dwóch. Bo najpierw był krzyk, potem… potem głuche łupnięcie i…
Słowa chłopca sprawiły, że Victoria poczuła uderzenie gorąca. I zimna. Jakby ze stresu, jakby… „Obiecała, że mnie nauczy panować nad magią!”
Obiecała. Obiecała. Obiecała. Obiecała?
- To już nie jest magia – mruknęła jakby do siebie, nie wiedziała dlaczego, Weiss się poruszył. Dalej była tylko śmierć. Magia? Gwałtownie uniosła głowę. - Kto ci obiecał? – rzuciła do chłopca, a ten nagle odwrócił się i zaczął biec. Znowu. Geraldine nie czekała. Victoria też nie zamierzała. - Hej! Czekaj! – nie rozumiała skąd w niej te dziwne myśli, o co właściwie chodziło. Weiss… nie była medykiem. Ale po tym jak przedzwonił miała wrażenie, że chyba już jest trochę za późno na pomoc.