- Człowiek małej wiary – skwitowała go i jego postawę bardzo krótko, bo niemalże ją obraził! Niemalże. Nie była żadną podrobioną wróżbitką w krzykliwym stroju i rozbieganym wzrokiem, może nie potrafiła wieszczyć jak jej matka, jasnowidzka, ale dostrzegała znaki, percepcję miała wyostrzoną na pewne… sygnały, odznaczała się konkretną wrażliwością… Czasami miała przeczucia, lecz nigdy nie zgłębiła tej umiejętności na tyle. Matka mówiła jej, że posiada dar, który się marnuje, ale Nefret tylko machała na to ręką, bo interesowały ją inne rzeczy, ale wróżyć lubiła i to od dziecka. - Kto wie, może na dnie filiżanki kryje się jakaś bardzo ważna dla ciebie wskazówka? – co mu szkodziło? Tym bardziej, że proponowała, ze zrobi to za darmo. To nie była częsta okazja. - Nie wyglądasz jak Egipcjanin, jesteś łatwym celem – do policzenia podwójnie rzecz jasna. Bo kto nie ryzykuje, nie pije kremowego piwa, czy jakoś tak. Odpowiedzią czy chce, było po prostu wyciągnięcie ręki po słodycze i przysunięcie do siebie talerzyka. Nie zamierzała wybrzydzać, bo rachatłukum uwielbiała.
- Różne dziwne rzeczy już się działy. Ale fakt, magicznych raczej nie otworzą. Za to popsują całą resztę – westchnęła. Na mugoli patrzyła po prostu jak na takie dzieci, które chciałyby latać, a nie umieją jeszcze biegać. Pozbawieni odpowiedniej wiedzy i możliwości kręcili się jak we mgle i do niczego sensownego to nie prowadziło. Wkręcało ją wewnętrznie jak natykali się na ich zdeformowane ciała, albo zasuszone szkielety – a gdyby coś takiego działo się przy niej, to wiedziała, że nie umiałaby spojrzeć w bok i po prostu musiałaby pomóc. Mugol czy nie. Dlatego… wolała, żeby się po prostu nie kręcili w jej towarzystwie, bo odejmowało jej to dylematów i niepotrzebnego poczucia winy. Starożytni nie tyle mieli zdumiewającą wyobraźnię, co po prostu nie bawili się w subtelności i ukrywanie społeczności przed niemagicznymi. Na tę „królową” tylko się uśmiechnęła. Czasami miała taką myśl, że jej rodzice srogo przesadzili z doborem jej imion. Ale tak to jest, jak trafi się na pasjonata, a nim z pewnością był Saturnus McGonagall.
- Więc nie martw się, nie poplamię ci tych twoich kopii – poprawiła się z szelmowskim uśmieszkiem, zupełnie niezrażona. Shafiq zaczął jednak opowiadać, więc Guinevere wykorzystała ten czas, by zjeść smakołyki, których on jeść nie chciał, i dokończyć swoją herbatę hibiskusową – kolejny klasyczek na liście egipskich przysmaków. Wyglądała na rozczarowaną, że nikt nie nadepnął na skorpiona, ani nikt nie próbował zamordować Jamila – rzecz jasna śmierci mu nie życzyła! Ale kiedy się takie sytuacje pojawiały, to można było później się z tego śmiać, bo przecinały rutynę pracy na wykopaliskach. Ta rzeczywiście musiała się wydawać postronnym strasznie nudna, ale gdyby McGonagall ją za taką uważała, to może poświęciłaby się w całości wróżbiarstwie i jasnowidzeniu, a nie łażeniu po kolejnych ruinach. Chociaż obecnie Ginevra nie chodziła po ruinach, tylko po muzeach i prywatnych kolekcjonerach; szukała zaginionych mieczy z grobowca, który nie tak dawno temu otwarli. Rzecz jasna szukała ich po to, by je zwrócić na miejsce. Zacmokała jakby z niezadowoleniem, że takie nudy i odsunęła od siebie swoją, pustą już filiżankę.
Miejsce zastawy zajęły papiery od Cathala, nad którymi kobieta zaraz się pochyliła, nieświadomie zakładając luźny kosmyk włosów za ucho, by jej nie przeszkadzał – często tak robiła, to już był trochę taki schemat i odruch. Nie spieszyła się przyglądając się tekstom, wypisanym tłumaczeniom i symbolom. Było ich tam trochę, a odróżnienie znaków pisma od znaków pojawiających się we wróżbiarstwie, nie było wcale taką prostą sztuką, wszak były do siebie diablo podobne, jednak jak zwykle – diabeł tkwił po prostu w szczegółach.
Guinevere widziała je, chmury zwiastujące problemy, gondolę i księżyc mówiące o romansie i miłosnej przygodzie, wieniec oraz liść, które opowiadały o czekających zaszczytach i pomyślności; piramidę, trumnę, orła, okrąg, strzałę, węża, sztylet – w różnej kolejności. Zmarszczyła brwi, przeglądając kartki i układając sobie w głowę treści przetłumaczoną przez Cathala i symbole, które się kręciły i powtarzały.
- Dla mnie brzmi to jako przestroga – zaczęła powoli i przysunęła kartki znowu bliżej Shafiqa. Pokazała mu palcem kilka różnych miejsc. - Patrz tutaj. Chmury, Strzała, Wąż, Sztylet. Problemy, zła wiadomość, nienawiść albo wróg… albo jedno i drugie na raz, do tego bliskie niebezpieczeństwo. Z kolei tutaj mamy romans, zaszczyty, pomyślność, sukces, i zmianę na lepsze – ciemnowłosa przekrzywiła głowę wpatrując się w te wszystkie symbole i znaczenia. - Jest też ślub – dodała, wyraźnie zamyślona. - Kilka z tych symboli mi się nie zgadza, w tym sensie, że myślę, ze chodziło jednak o coś innego. Może miały symbolizować konkretne osoby, a nie mówić o treści przepowiedni? – zasugerowała, głośno myśląc. - Daj mi chwilę – przysunęła kartki znowu do siebie. Ten psotny charakterek schował się, jakby go wcale nie było, gdy była skupiona na kartkach papieru, przyniesionych tu przez Cathala.