— Oh tak, obiad!
Peppa rozmarzyła się. Absolutnie codziennie śliniła się na myśl o pieczonych ziemniaczkach. Mogła je jeść codziennie, bez końca. Z masełkiem, z koperkiem, z sosem mięsnym — bez znaczenia. A gdy pojawiał się sezon na młode pyrki, to nawet bez soli były idealne.
Dziewczyna wstała i otrzepała spódnicę z wygniecionych źdźbeł trawy. Poprawiła po raz kolejny swoją idealną fryzurę i pomachała kuperkiem w stronę Mayi, by ta upewniła ją, że na materiale nie ma żadnej plamy. Co tam książki, to dobrą prezencję musi zabrać ze sobą spod tego drzewa. Dopiero w drugiej kolejności rozejrzała się, czy aby na pewno wszystko zabrały.
Szła z przyjaciółką do Wielkiej Sali środkiem korytarza. Nie interesowało jej to, że to utrudniało ruch — szczególnie podczas przerwy obiadowej. Nie ruszały jej niemiłe trącenia przechodzących obok uczniów, chociaż będąc na ostatnim roku, dorobiła się wystarczającego szacunku ludzi ulicy, tak że sami schodzili jej z drogi.
Dziewczęta weszły do Wielkiej Sali. Usiadły na swoich miejscach, które oczywiście były wolne i czekały na nie. Książki rzuciły pod ścianę. Jednym z luksusów należenia do Slytherinu, był stół tuż pod ścianą. Można było bezpiecznie zostawić tam torbę, czy powiesić płaszcz na świeczniku. Domy ściśnięte na środku miały najgorzej. Uczniowie byli popychani, gdy ktoś przechodził, a każdy tornister stanowił problem. Ale to nie problem Peppy. Za plecami miała ścianę i bez większego rozglądania miała pełny widok na pomieszczenie.
— Myślisz, że podadzą lody na deser? Rzadko to robią, ale może dzisiaj się nad nami zlitują... — spytała, nakładając sobie na talerz niezdrowo dużą porcję kartofli.