Dlaczego miała się nie martwić? Przecież to oczywiste, że jeśli kogoś lubisz, a Victoria Laurenta lubiła bardzo (ku swojemu zdziwieniu, przynajmniej jeszcze rok temu), to się martwisz. To życzysz jak najlepiej. To pomożesz, bo chcesz pomóc – tak jak on chciał jej pomóc z problemem, z którym się borykała. Jedni powiedzieliby, że nie było w tym nic bezinteresownego, że chodziło o zaspokojenie własnego poczucia spokoju, egoizmu, w którym uważało się za własność osoby bliskie, ale Victoria by się z tym nie zgodziła. Martwiła się i chciała pomóc całkowicie bezinteresownie, niczego za to nie chciała prócz tego, by ten mężczyzna miał się dobrze, bo nie zasłużył na to, co go spotkało. Nikt nie zasłu-… Nieprawda. Voldemort by zasłużył. Szczerze w myślach życzyła mu, żeby i jego spotkał w snach nieznajomy zabójca. Wyświadczyłby wszystkim przysługę. Tak i wydało jej się całkowicie oczywiste i naturalne, że się przejmie losem Laurenta. To chyba normalne?
Tak, chustka na jego szyi skupiła na moment spojrzenie kobiety. Była zła. Nie na Laurenta, skąd… może maluteńko, że nie szukał pomocy od razu. A ona? Przecież dzień po też jej nie szukała – ale miała na to powód: bo pracowała w wymiarze sprawiedliwości i wiedziała, że to nie jest sprawa, nad którą ktokolwiek pracuje. O której ktoś słyszał… Miała w to wszystko zupełnie inny wgląd. Ale Laurent? On był cywilem. To powinno być pierwsze, co mu przyszło do głowy… albo ktokolwiek się nim zajmował. Nie przeprosiła go za swój nagły wybuch i przekleństwo. Za to złapała różdżkę, by machnąć nią najpierw nad pergaminem, a kleks zniknął, a potem w kierunku drzwi. Zamek kliknął cicho, zamknięty, żeby przypadkiem ktoś tutaj nie wparował. Machnęła jeszcze raz.
- Zamknęłam drzwi i rzuciłam wyciszenie, tak na wszelki wypadek – poinformowała go cicho o tym, co zrobiła. Bardzo nie chciała, żeby ktoś im teraz przeszkodził, albo podsłuchał. A potem wstała od stołu i zaczęła krążyć tam i z powrotem. To się rzadko zdarzało. Zwykle była taka… statyczna. Nie żyjąca w pędzie życia, wszystko robiła na spokojnie. Ale jej obecne zachowanie mogłoby przypominać to, gdy nagle bardzo chciała udać się na Nokturn. Nic takiego oczywiście nie miało teraz miejsca, ale o tym Laurentowi opowiadała – może o tym nawet pamiętał. - Nie dziwię się, że nie chcesz siedzieć w domu – przyznała mu. - Ale ten… - tu wskazała głową na portret mężczyzny. - Nie sądzę, żeby przeszkadzało mu czy jesteś na lądzie czy na morzu – przestała krążyć, a portret odwróciła rysunkiem do dołu, by Laurent nie musiał na niego patrzeć, a potem usiadła obok niego, na tym drugim, wolnym krześle. - Pewnie to Brenna ci powiedziała, że już mieliśmy takie zgłoszenie – to już nawet nie było pytanie. - Napisała do mnie wczoraj, że znowu brała udział w takim śnie, ale nie miałam pojęcia, że chodziło o ciebie. Mówiła ci, że poprzednią ofiarę też ratowała od śmierci? – skrzywiła się wyraźnie.